czwartek, 30 grudnia 2010

Chorujemy wszyscy - czasem osobno, czasem grupowo, już dwa tygodnie - dlatego też mam włączoną opcję "PRZETRWANIE".
Opcja ta nie przewiduje pisania na blogu.
Ani przeglądania się w lustrze.

sobota, 18 grudnia 2010

Święta w tym roku u nas w domu odwołałam.
Powiedziałam mojej Rodzince że jak tak mi dalej będą "pomagać" to ja nie dożyję Wigilii bo mnie szlag jasny na miejscu trafi.
Na razie zrobiłam rolady (zrazy) z 2 kg mięsa z zamiarem zamrożenia (na świąteczny obiad). Najwyżej będą mieli co jeść :/

niedziela, 12 grudnia 2010

Jestem ostatnio tak słaba, zmęczona i bez życia że nie umiem sobie z tym poradzić.
Wstaję rano nieprzytomna i obolała i płakać mi się chce jak pomyślę że cały dzień przede mną. Nie mam siły ani ręką ani nogą - a w domu syf coraz większy. A tu święta za pasem - nawet nie mam siły o nich pomyśleć.
Snu też niewiele bo rodzina (czyt dzieci i PIES) dba o mój zegar biologiczny i żeby mi się w dupie nie poprzewracało od nadmiaru (czyli ponad 6 h na dobę, przeważnie ostatnio około 5ciu, w tym w nocy co najmniej dwie pobudki bo cośtam).
W pracy mam na biurku jakieś 5 kg pism (już na sztuki nie przeliczam) i się nie wyrabiam (częściowo z powodu nawarstwiającego się zmęczenia i wspomnianej niewydolności) - generalnie nie da się tam pracować, musiałabym iść do piwnicy bo przy swoim biurku momentami czuję się jak na dworcu pkp, a ja mam akurat do napisania rzeczy wymagające skupienia i bardzo czasochłonne. W związku z tym biorę robotę do domu, siedzę do 12tej albo 1szej w nocy, wstaję rano nieprzytomna, pełznę do pracy przerażona wizją dotrwania do wieczora i już w momencie wstania z łóżka zmęczona i koło się zamyka. Wszędzie mam poprzyczepiane karteczki z tym co mam pamiętać, załatwić, kupić, gdzie zadzwonić bo pamiętanie o wszystkim przerasta moje możliwości.
Właśnie zaczyna się niedziela a ja z barkiem obolałym aż po kark (wczoraj wrzucaliśmy 2 t węgla heh) zabiorę się zaraz za robotę (sprzątanie) które już teraz to wiem pozbawione jest sensu - ponieważ nawet jak dam radę ogarnąć (raczej nie dam) to gdzieś w okolicy środy będzie tu wyglądało dokładnie tak samo, co jest nieuniknione jeśli na cztery osoby (+pies) tylko jedna sprząta a cała reszta robi chlew.
I tyle - bardzo optymistycznie kiwając nóżką obutą w różowy kapciuszek - miałabym do powiedzenia w ten przecudny (za oknem fuj i roztopy oraz brak słońca co jeszcze bardziej dobija moją psyche) niedzielny poranek :)
Jedyny plus że dzieci nie-chore(heh), ale co z tego jak i tak jęczą i mamują od bladego świtu.
Ho Ho Ho Mery Xmas :)

*****

Wczoraj przez przypadek zdarzyło mi się obejrzeć wybory Miss Polonia - widział ktoś?
Pytanie quizowe do kandydatki:
- Ile oktanów ma etylina 95?
Kandydatka po chwili namysłu: nie pamiętam.
Hahahahaha - dowcip sezonu :)
Był jeszcze drugi wtop, ale już mniej śmieszny:
- Co oznacza skrót: CBA?
Kandydatka: Centralne Biuro Śledcze.
:))))


poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dzisiejszy dzień to była masakra (dla mnie) :)
DOBRZE ŻE JUŻ PO!


Uwielbiam tego gościa :)

niedziela, 5 grudnia 2010

Popełniłam pierwsze w sezonie piernikowym egzemplarze!
(odgapiłam oczywiście pomysł na pierniki na patyczkach :)))

A więc - vol 1 2010 - Spécialité de la maison:


+ oczywiście reszta "normalnych" - w połowie już skonsumowanych :)

Ponieważ już było pytanie od przepis, więc zawczasu go wrzucam:

Mój sprawdzony (od lat) przepis na pierniczki:

• 50 dag mąki (daję na oko)
• 20 dag cukru pudru (daję na oko)
• 20 dag miodu (daję na dwa oka)
• 12 dag masła lub margaryny (daję na oko pół kostki)
• 1 jajo
• 1 dag sody oczyszczanej (nie wiem ile to jest 1 g więc daję porządne pół łychy)
• 2 łyżki stołowe przypraw korzennych do piernika (daję całą paczuszkę)

Robi się tak:
Mąkę wymieszać z sodą w misce, zrobić wgłębienie na środku.
Wbić jajo, lekko zamieszać.
W garnuszku rozgrzać: miód + przyprawy korzenne + cukier + masło - i jak przestygnie wlać do mąki.
Zagnieść ciasto jak na pierogi. Wyrabiać aż będzie gładkie i jednolite w przekroju.

Rozwałkować (dość grubo) podsypując mąką, żeby się ciasto nie kleiło i wycinać foremkami.

Ciastka powinno się piec w nagrzanym piekarniku (około 180 stopniach), na blaszce oprószonej mąką, dokładnie 7 minut i ani chwili dłużej!!!!!! - w momencie wyciągania sprawiają wrażenie surowych ale to tylko taka ściema :)

Poza tym właśnie wróciliśmy z kina - z filmu:


I powiem tak - FILM JEST NA 6+ , żeby nie powiedzieć WOW :)
Dawno nie widziałam tak dobrej kreskówki - nie wiem czy nie jest lepsza od Shreka .... no po prostu musicie na to iść.
Jeśli Mateusz przez cały film ani razu nie wstał to naprawdę musi coś znaczyć :)
Całe kino po prostu rżało - od małych po starych :)))

To idę robić akcję "poniedziałek 6 rano" - tj. ciuchy przygotować dla wszystkich, śniadanie dla starego, a do tego jeszcze muszę za Mikołaja zrobić ;)

Czymżesz to ja mogę zajmować się o tej porze ... :)))


Pojechałam dziś rano do wsi totalnie pustymi ulicami, zaparkowałam pod totalnie nie oblężonym bankomatem, weszłam do totalnie pustego sklepu mięsnego - i przeżyłam szok (normalnie w sobotę o tej porze nie da się tam wejść).
Ale oświeciło mnie w momencie kiedy skończyłam robić zakupy, wyszłam na dwór i zderzyłam się z tłumem walącym od strony kościoła - w tłumie przewijały się czapki z pióropuszami.
BARBÓRKA! :) Cała wieś w na mszy.
Wczoraj w przedszkolu też była - obejrzałam na video, Ania dała czadu :))) Młody też dał czadu w postaci totalnej histerii i odmowy wzięcia udziału w występach.
Się mówi trudno.


Nie wiem czy się chwaliłam ale mam zapalenie krtani. Nadal nie mogę mówić, chociaż jadę już trzeci chyba dzień na antybiotyku.
Młody też cherla.

Ulice nie tylko w naszej wsi ale i w okolicznych a także drogi poza terenem zabudowanym wyglądają dokładnie tak jak nasza ulica na zdjęciach w poście niżej. Nie odśnieża się tu w sensie doprowadzenia drogi do czerni - odgarnia się tylko i ubija. Jakaś masakra :) W piątek byłyśmy z Kasią w głębokim terenie - w samym środku śnieżycy - to jak jechałam to nie wiedziałam czy jadę jeszcze po drodze czy już po polu.
Zima jak talala! :)

środa, 1 grudnia 2010

Uruchomił się alarm timera w piekarniku:

Ania: Mama! Piekarnik ci pipa!
Ja: w duchu śmiejąc się - Ania no jak ty mówisz. Nie mówi się pipa bo to brzydkie słowo!
Ania: To jak się to mówi? Pipczy?
Ja: w śmiech
Ania: aaaa, już wiem - pipuje.

:))))

Jest tak cudowna zima że aż paskudna :)
W sumie w stosunkowo dobrym aucie, z ulubioną muzyką z radia, ta 45 minutowa jazda w śnieżycy (normalnie 12 minut) - to sama przyjemność. Za wyjątkiem trzech wysiadek celem odkucia lodu z wycieraczek (marzło w locie).
J. wracał dziś z Katowic 2,5 h.
Zażyczył sobie żeby mu kupić termokubek.
A ja straciłam głos.
Młody prosi mnie o rękawiczki z pająkami. No to szukam.

Młoda masakrycznie przeżywa piątkowy Dzień Górnika w przedszkolu - łazi po chałupie i gada:

Loto, tyro pan Hilary
"Kurde" - woła - "kurde bele!
Ktoś mi rombnoł moi brele!"

Leję z niej bo gwarzy jak stara hanyska co jest zabawne w aspekcie Torunia w metryce:)