Reakcja łańcuchowa odpalona.
Młody 37,7 st. o poranku.
Młoda jest u Bliźniaczek na noc więc nie wiem.
U mnie na razie tylko gardło chrypi ale że młody spędził dziś noc w moim łóżku to pewnie jakiegoś bakcyla mi sprzedał.
Miałam iść rano biegać ale z powodu tego chrypienia i z powodu lekkiego kaca (hłehłe) - a plan miałam podjechać gdzieś autem i pobiegać po lesie, nie wiem jak tam z moimi promilami ;) - na razie sobie odpuszczam, zobaczymy wieczorem.
Inna reakcja łańcuchowa która odpaliła się sama lecz na razie nie wiem w jaki sposób to taka, że spada mi waga ... zaznaczam że się nie odchudzam, jem w miarę potrzeb (zmieniłam tylko kilka niezdrowych nawyków), a czasem tylko się przebiegnę lub coś poćwiczę.
Dobre -4 kg mniej w ostatnim czasie (rano wchodziłam 3 razy na wagę przecierając oczy ...)
W powiązaniu z moimi ostatnimi poważnymi dolegliwościami trawiennymi i złym samopoczuciem należy przypuszczać że mam w sobie jakieś zwierzę ;) Niektórzy twierdzą że niejedno haha :)
Co do zmian nawyków to na przykład: zamieniłam drożdżówki z makiem na śniadanie na paćkę*:
*Maria B. nie wiem czemu tak toto ochrzciła i się przyjęło przez aklamację ;)
Po zjedzeniu takiego śniadania jestem w stanie funkcjonować kilka godzin bez uczucia głodu, a co najważniejsze nie łapie mnie chcica na słodycze :)))
Od jutra zaczyna się tydzień szkoleniowy:
Poniedziałek - szkolą mnie - ASF w Katowicach;
Środa - szkolę ja - drobiarzy (jeszcze nie mam prezentacji);
Czwartek - szkolą mnie - obowiązkowe szkolenie dla członków komisji obwodowych (zgłosiłam się do komisji w wyborach bo nieźle płacą, na fajne buty będzie. ;)
Chyba trzeba będzie zafundować sobie w nagrodę jakiś hedonizm na koniec :)))))
I jeszcze klimaty parapetowe (Ania robi jakieś doświadczenia z wodą na przyrodę ;)
... no to ... po śniadaniu ... komu KAWY? :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe pielesze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą domowe pielesze. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 października 2014
sobota, 20 września 2014
sobota, 13 września 2014
Sobota.
#boli gardło, brak sił i ogólne rozbicie ...
Gnicie w łóżku moim największym marzeniem przez cały dzień ...
... nic z tego oczywiście ...
Ale skończyłam książkę - "Mam łóżko z racuchów" - Jaclyn Moriarty. Genialna :)
Wybrany losowo cytat :)))):
"trzeba dokonać wyboru, jeśli mąż powiedział coś niemiłego, a zwłaszcza: być brutalną, być silną lub stroić fochy".
W tym momencie podsłuchane:
Dzieci grają w coś na komputerach w swoim pokoju, Ania jak znam życie ma słuchawki na uszach, słyszę że Mateusz już kilka razy mówi coś do niej - Ania ... Ania .... - zero odzewu.
Ania! ..... NO NIE SŁYSZY KOBIETA NO!
:)
Gnicie w łóżku moim największym marzeniem przez cały dzień ...
... nic z tego oczywiście ...
Ale skończyłam książkę - "Mam łóżko z racuchów" - Jaclyn Moriarty. Genialna :)
Wybrany losowo cytat :)))):
"trzeba dokonać wyboru, jeśli mąż powiedział coś niemiłego, a zwłaszcza: być brutalną, być silną lub stroić fochy".
W tym momencie podsłuchane:
Dzieci grają w coś na komputerach w swoim pokoju, Ania jak znam życie ma słuchawki na uszach, słyszę że Mateusz już kilka razy mówi coś do niej - Ania ... Ania .... - zero odzewu.
Ania! ..... NO NIE SŁYSZY KOBIETA NO!
:)
niedziela, 18 listopada 2012
Wróciłam :)
Kapeć na autostradzie to była jedyna "przygoda" dzięki Bogu... reszta podroży szczęśliwa...
Cholerka jestem zachwycona autostradami :))))) LOL.
No wiadomo, że nie budują tak szybko jak powinni, może nie tak dobrze jak powinni, ... ale budują! Gdyby jakieś 15 lat temu ktoś mi powiedział że będę sobie jeździć autostradami w naszym kraju (znanymi nam wtedy tylko z wycieczek zagranicznych) to bym oczywiście nie uwierzyła. Katowice-Wrocław - 16,20. Powinno być za darmo, no przecież za unijne zbudowana!
Zajęcia b. fajne - mieliśmy warsztaty z panią psycholog z zarządzania zasobami ludzkimi. Pokazała nam zdjęcia kilku osób i poprosiła o odpowiedź na kilka pytań na ich temat tylko na podstawie ich wyglądu na tych zdjęciach (ćwiczenia z tematu "jak cie widzą tak cię piszą" :))))
Jednego gościa opisaliśmy jako pracownika fizycznego, uwielbiającego schabowe i fastfoody (ze względu na niezdrową cerę), niechluja (wyciągnięta koszula ze spodni), posiadającego niedopieszczoną żonę i jeżdżącego starym golfem :) Okazało się że że pan ze zdjęcia to mąż pani psycholog prowadzącej - ale miała polewkę z tego co mówiliśmy. Pozazdrościć dystansu i poczucia humoru :)
Dziś jak przystało na niedzielę - starego brak w domu - postanowiłam więc w końcu dokończyć malowanie kuchni. Kiedyś tam zaczęłam i musiałam przerwać ponieważ skończyła mi się farba. Później kupiliśmy farbę ale jakoś nie miałam kiedy wznowić prac. Dziś pomalowałam prawie wszystkie upierdliwe zakamarki. Jutro może skończę bo już dziś mi się już nie chce.
Dzieciaki wiecznie znudzone, cudem udało mi się namówić ich na układanie puzzli. Najchętniej całe dnie siedzieliby przy Minecraft. Oboje!
Z Anią mam codziennie walkę pt. szkoła. Jest takim leniem i olewusem że mnie załamanie nerwowe ogarnia. Co z tego że na wywiadówce pani przeglądając testy poinformowała mnie: "tu szóstka, tu szóstka i tu szóstka - nie mamy właściwie o czym rozmawiać" skoro codziennie muszę za nią pamiętać o lekcjach, czytaniu, pakowaniu torby, a rano o tym żeby tą torbę zabrać do szkoły (niedawno podjeżdżamy pod szkołę i okazuje się że torba została w domu). Nie dość, że muszę pamiętać o lekcjach to jeszcze muszę z nią siedzieć przy ich odrabianiu. Zmusiłam ją do czytania codziennie jednego rozdziału książki - do tego też się kompletnie nie garnie, ja tego nie rozumiem, córka takiej czytającej matki nie ma ciągu czytania!!!!!???
Osobny temat to religia i "zaliczanie" modlitw. I to oczywiście ja muszę ją ich uczyć. Mistrzostwem świata było "Wierzę w Boga". Ja nie wiem jak takie dziecko ma rozumieć o co w tym chodzi. Ja sama tego do końca nie ogarniam :)
Mateusz ma natomiast codziennie ćwiczyć "s" - dostaje ćwiczenia od logopedy w przedszkolu. Oczywiście nietrudno się domyślić KTO z nim to ćwiczy. Tak wiec w tygodniu jak rano wstaję o 5.15 , "wolne" mam około godziny 19tej dzień w dzień. Jak odbębnię te wszystkie nauki.
Kapeć na autostradzie to była jedyna "przygoda" dzięki Bogu... reszta podroży szczęśliwa...
Cholerka jestem zachwycona autostradami :))))) LOL.
No wiadomo, że nie budują tak szybko jak powinni, może nie tak dobrze jak powinni, ... ale budują! Gdyby jakieś 15 lat temu ktoś mi powiedział że będę sobie jeździć autostradami w naszym kraju (znanymi nam wtedy tylko z wycieczek zagranicznych) to bym oczywiście nie uwierzyła. Katowice-Wrocław - 16,20. Powinno być za darmo, no przecież za unijne zbudowana!
Zajęcia b. fajne - mieliśmy warsztaty z panią psycholog z zarządzania zasobami ludzkimi. Pokazała nam zdjęcia kilku osób i poprosiła o odpowiedź na kilka pytań na ich temat tylko na podstawie ich wyglądu na tych zdjęciach (ćwiczenia z tematu "jak cie widzą tak cię piszą" :))))
Jednego gościa opisaliśmy jako pracownika fizycznego, uwielbiającego schabowe i fastfoody (ze względu na niezdrową cerę), niechluja (wyciągnięta koszula ze spodni), posiadającego niedopieszczoną żonę i jeżdżącego starym golfem :) Okazało się że że pan ze zdjęcia to mąż pani psycholog prowadzącej - ale miała polewkę z tego co mówiliśmy. Pozazdrościć dystansu i poczucia humoru :)
Dziś jak przystało na niedzielę - starego brak w domu - postanowiłam więc w końcu dokończyć malowanie kuchni. Kiedyś tam zaczęłam i musiałam przerwać ponieważ skończyła mi się farba. Później kupiliśmy farbę ale jakoś nie miałam kiedy wznowić prac. Dziś pomalowałam prawie wszystkie upierdliwe zakamarki. Jutro może skończę bo już dziś mi się już nie chce.
Dzieciaki wiecznie znudzone, cudem udało mi się namówić ich na układanie puzzli. Najchętniej całe dnie siedzieliby przy Minecraft. Oboje!
Z Anią mam codziennie walkę pt. szkoła. Jest takim leniem i olewusem że mnie załamanie nerwowe ogarnia. Co z tego że na wywiadówce pani przeglądając testy poinformowała mnie: "tu szóstka, tu szóstka i tu szóstka - nie mamy właściwie o czym rozmawiać" skoro codziennie muszę za nią pamiętać o lekcjach, czytaniu, pakowaniu torby, a rano o tym żeby tą torbę zabrać do szkoły (niedawno podjeżdżamy pod szkołę i okazuje się że torba została w domu). Nie dość, że muszę pamiętać o lekcjach to jeszcze muszę z nią siedzieć przy ich odrabianiu. Zmusiłam ją do czytania codziennie jednego rozdziału książki - do tego też się kompletnie nie garnie, ja tego nie rozumiem, córka takiej czytającej matki nie ma ciągu czytania!!!!!???
Osobny temat to religia i "zaliczanie" modlitw. I to oczywiście ja muszę ją ich uczyć. Mistrzostwem świata było "Wierzę w Boga". Ja nie wiem jak takie dziecko ma rozumieć o co w tym chodzi. Ja sama tego do końca nie ogarniam :)
Mateusz ma natomiast codziennie ćwiczyć "s" - dostaje ćwiczenia od logopedy w przedszkolu. Oczywiście nietrudno się domyślić KTO z nim to ćwiczy. Tak wiec w tygodniu jak rano wstaję o 5.15 , "wolne" mam około godziny 19tej dzień w dzień. Jak odbębnię te wszystkie nauki.
niedziela, 4 listopada 2012
Ostatnio uprawiamy rodzinną rozrywkę - wspólne oglądanie "Jeden z dziesięciu" :))))
Oglądamy i zgadujemy. Nawet Ania czasem trafia w dobrą odpowiedź.
Pada pytanie:
Ile razy jest większe pole kwadratu o boku 4 cm od pola kwadratu o boku 1 cm.
- 16 - mówię ja.
- 16 - odpowiada uczestnik programu.
Na to mój mąż pyta:
- Skąd wiedziałaś???
- No .... przecież policzyłam pola tych kwadratów i to jest 1 i 16.
- A skąd znałaś wzór na pole kwadratu?!
eeeeeeee :))))))
Oglądamy i zgadujemy. Nawet Ania czasem trafia w dobrą odpowiedź.
Pada pytanie:
Ile razy jest większe pole kwadratu o boku 4 cm od pola kwadratu o boku 1 cm.
- 16 - mówię ja.
- 16 - odpowiada uczestnik programu.
Na to mój mąż pyta:
- Skąd wiedziałaś???
- No .... przecież policzyłam pola tych kwadratów i to jest 1 i 16.
- A skąd znałaś wzór na pole kwadratu?!
eeeeeeee :))))))
niedziela, 28 października 2012
update wieczorne:
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak chyba w całym kraju tak i do nas tej nocy zawitała zima. A zima jest biała i zimna. Ależ odkrywcze stwierdzenie :) - jednak była to pierwsza myśl która zrodziła się w mojej głowie kiedy wystawiłam czubek stopy spod kołdry w lodowatą przestrzeń nieogrzewanego pokoju. W domu też więc zimowo - piec CO leży i czeka na montaż który mam nadzieję nastąpi szczęśliwie jutro.
Teraz podchodzę obok ciebie blisko, biorę w jedną rękę twe włosy, które kiedyś tak
kochałem, choć teraz nie czuję nic na ich temat. Owijam sobie wokół pięści.
Teraz j
Teraz j
estem spokojny spokojem, że tak to określę, pracownika rzeźni, pracownika uboju
drobiu.
Czytam "Wojnę polsko-ruską" (film widziałam już kiedyś) ..... boszzzz jaka sieczka :))))))))
Najlepszy przykład na to że literacki geniusz ma wiele twarzy :)
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak chyba w całym kraju tak i do nas tej nocy zawitała zima. A zima jest biała i zimna. Ależ odkrywcze stwierdzenie :) - jednak była to pierwsza myśl która zrodziła się w mojej głowie kiedy wystawiłam czubek stopy spod kołdry w lodowatą przestrzeń nieogrzewanego pokoju. W domu też więc zimowo - piec CO leży i czeka na montaż który mam nadzieję nastąpi szczęśliwie jutro.
Dzieci oczywiście się cieszą - "Nie mogłem doczekać się zimy!!!" (cyt. Mateusza), starzy mniej ....
Palimy więc w piecach kaflowych (mamy dwa - całe szczęście w aspekcie tej awarii CO), nie ma to jak o 7-mej rano w niedzielę hajcować w piecu :) W związku z tym porannym hajcungiem i tym specyficznym chłodem bijącym od starych ceglanych ścian stanął mi przed oczami dom w którym spędziłam pierwszą część mojego życia - może dlatego że też miałam w pokoju piec kaflowy w którym paliłam przez jakiś czas (później zastąpiony piecem elektrycznym). I przypomniał mi się post o tym domu który kiedyś popełniłam - odszukałam go i zamieszczam poniżej!
Post opublikowany na moim starym blogu dnia 4 października 2008 r - kopiuję w całości :)
Childhood in neighbourhood.
Wśród osób które „właśnie dołączyły do Twojej szkoły” na NK oczom mym ukazała się wczoraj osoba której do tej pory nie podejrzewałabym o całkiem sprawną umiejętność pisania i czytania -a tu proszę – w komputerze oblatana
Jako że dziewczyna ta mieszkała w moim najbliższym sąsiedztwie zebrało mi się na wspomnienia czasów mojego dzieciństwa, które niemal całe mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu starej przedwojennej kamienicy.
Mieszkanie na pierwszym piętrze, które jak to opowiadanie rodzinne głosi, zrujnowane po przemarszu wojsk radzieckich (tj wojsk wyzwalających)
wybrał spośród innych zrujnowanych lokali mój dziadek mający podjąć w CCH pracę w swoim zawodzie lekarza. Mieszkanie jako jedyne dotrwało do „moich czasów” w stanie niemal nie podzielonym, zajmowało prawie całe pierwsze piętro, zawierało m.in. 12-metrowy korytarz i posiadało bardzo nietypowo dla tego domu – dwa wejścia prowadzące na dwie różne klatki schodowe. Drzwi frontowe wiodące wprost do „salonu” i drzwi dosłownie i w przenośni – kuchenne.
Resztki dawnej wielkomiejskiej świetności
Dziesiątki razy śniłam sen w którym ktoś dobija się do głównych drzwi (złodziej-morderca), w końcu wdziera się – a ja zwiewam na dwór drzwiami kuchennymi. Mój pokój znajdował się za kuchnią – był malutki, miał widok na oddalony o dwa metry mur i był kiedyś podobno służbówką.
Kamienica połączona była z trzema innymi tworząc otwartą z jednej strony „studnię”, obsypujące się z tynków ściany okalały brudne ziemiste podwórko z pojemnikami na śmieci ustawionymi w centrum.
Klatki schodowe z odrapanymi ścianami i drewnianymi schodami których szorownie szrubrem było istnym rytuałem.
Na podwórze wychodziły okna i balkony – głównie kuchenne i jak sięgam do moich wspomnień – domy te tętniły życiem stanowiąc swoisty naturszczykowski teatr.
Lokatorzy zamieszkujący poszczególne piętra stanowili niezwykłe zbiorowisko barwnych postaci, może nie aż tak barwnych jak lokatorzy z Delicatessen ale czasem podobnie intrygujących
Ze względu na stosunkową bliskość sąsiednich okien, jak i doskonałą akustykę podwórka (szczególnie porą wieczorno-nocną) podglądanie sąsiadów było nieuniknione, a czasem niezwykle wciągające.
Najlepszym punktem obserwacyjnym był nasz balkon kuchenny (jeden z trzech jakie mieliśmy) – ten bowiem obsadzony kwiatami służył do „posiedzenia”.
Na drugim wychodzącym na podwórko w kącie – wieszało się pranie, a trzeci (właściwie była to loggia) był praktycznie nie używany bo skierowany na wschód i wychodzący na ulicę.
Dokładnie vis’a'vis naszej kuchni, na tym samym piętrze co my, mieszkała rodzina wspomnianej na początku dziewczyny.
Dziś powiedziałabym że była to rodzina prosta, nieokrzesana ze sporymi nalotami patologii.
Głowa rodziny – upiorny krawiec kuternoga – ofiara choroby Heinego-Medina (zwany przez nasKulawym) choć kuśtykał o lasce – trząsł domownikami. Wieczorami przy odsłoniętych i oświetlonych oknach można było obserwować i słyszeć jak się awanturują i jak tłucze potomstwo tą swoją laską po łbach. Nic dziwnego więc że poziom IQ dziatwy był niespecjalnie wysoki
Do tego zwyczajna bieda, alkohol, brud. Wielodzietność. Czyli „zestaw narodowy”
Koleżanka Lidia (co jak co ale imiona to wszyscy tam mieli arystokratyczne) – moja rówieśnica, lekko ociężała umysłowo – nie była w stanie skończyć szkoły podstawowej w normalnym trybie – opływała jednak w inne zdolności, bo zanim ja skończyłam szkołę średnią ona urodziła chyba pięcioro dzieci z których przeżyło tylko jedno – Patrycja (ale pamiętam:))) mająca problemy z (na nasze oko) hormonem wzrostu – jak malutka była w wieku roku, taka została, tylko twarz się jej zmieniała nieco, do tego chuda jak obciagnięty skórą kościotrupek. Nazywaliśmy ją Małpką(bo bardzo małpkę – i wyglądem i sprytem przypominała) 
Poniżej starsze małżeństwo – on mimo że wiekowy – w skleconym z jakichś śmieci gdzieś na działkach chlewiku hodował świnie, w związku z czym zbierał od sąsiadów tzw „obierki” w pojemniku stojącym na podwórku.
Nad krawcem – kolejne „starsze małżeństwo” – dokładne przeciwieństwo tych z parteru – później już sama ona – wdowa (+syn, synowa i wnuczka) – cały dzień krzątająca się, sprzątająca, muskająca kwiatki którymi nota bene nieustannie próbowała konkurować z naszymi 
Obok – starsza pani – matka, z córką rozwódką – też całymi dniami przesiadywały na ukwieconym balkonie (bo co miały robić) i pociągały sobie z flaszeczki. Starsza pani bardzo nie lubiła hałasu na podwórku i wiecznie darła się na nas o grę w piłkę czy krzyki. Poza tym rzucała przez okno wprost na nasze – bawiących się dzieci głowy – obierki, ogryzki i skórki od kiełbasy.
Na trzecim piętrze na lewo (nadal vis’a'vis nas) mieszkała kobieta w trudnym do określenia wieku – ponoć ze swoim bratem którego nigdy w życiu nie widziałam – pani wychodziła na dwór wyłącznie wcześnie rano i późno wieczorem – aby wyprowadzić psa, natomiast przez całą noc paliło się w jej nie zasłoniętym oknie światło – goła żarówa chyba 200tka bo dawała światło z tego 3-go piętra prawie na całe podwórko. W związku z tym ochrzciliśmy ją ksywką Wampirka.
Jak sobie teraz to piszę to stwierdzam, że mieliśmy niezłe jajo z tymi ksywkami dla sąsiadów. Wymyśliłyśmy sobie jeszcze z mamą historię, że ukatrupiła swojego brata siekierą (dlatego go nie widać), a nocami kroi na kawałki i mieli maszynką jego zwłoki – dlatego to światło takie mocne się pali.
Na ścianie po lewej – na samej górze małżeństwo z dwójką dzieci, które wprowadziło się tam już w trakcie naszego tam żywota (a więc sąsiedzi nie z zasiedzenia a napływowi) – nie zapomnę jak ona (pani farmaceutka) wyszła na to zasyfiałe i zasikane przez psy podwórko z leżakiem i się opalała w bikini. Normalnie cały blok miał ubaw
Później kiedy pracowałam w wakacje w pobliskim kiosku ruchu – dowiedziałam się że on – kupuje CODZIENNIE 2 paczki Marlboro – (po jednej dla siebie i żony) i jedną gazetkę erotyczną.
Po tej samej stronie na parterze – babka alkoholiczka, która wychodziła wieszać pranie w szlafroku i z wałkami na włosach.
Następnie bliżej nas ale także po lewej
na ostatnim piętrze nauczyciel matematyki – także alkoholik – który systematycznie upijał się jak świnia, awanturował się, a jego ledwo chodząca matka przychodziła do nas z płaczem dzwonić na policję. Czasem też zalegał w kałuży swoich wydalin na klatce schodowej.
Poniżej w jednym z dzielonych mieszkań – jeden pokój zajmował Pan z pieskami.
Starszy pan – zawsze w towarzystwie 2-3 małych kundelków – chorobliwy zbieracz śmieci.
Jak któregoś razu zachorował i go zabrano do szpitala – służby sanitarne tam do niego wparowały i wywiozły całą przyczepę tego co przez lata uzbierał i co miał podobno ułożone w ciasne stosy aż pod sufit, tak że tylko wąskie przejście przez środek było. Po powrocie do domu podobno strasznie rozpaczał że go okradziono. I zaczął zbierać na nowo.
W naszym bloku też kilka kwiatków by się znalazło ….
W oficynie po prawej stronie naszego ulubionego balkonu – zamieszkała (także napływowa) rodzinka, która natychmiast po przeprowadzce na swój dłuuuugi balkon wystawiła stolik, krzesła, magnetofon i na cały regulator rozwaliła muzę typu DiscoPolo, czym na samym wstępie sobie przechlapała – ponieważ niepisaną zasadą tej naszej złożonej komuny było – głośna muzyka z okien to dzieło szatana.
Pani, pan, dwoje dzieci – rodzina z gatunku „uboga, umiarkowanie patologiczna” – pijąca sporo ale raczej przeważnie bez awantur. Pan szybko „ubył” – zmarł na raka nerek bodajże, pani natomiast o dźwięcznej ksywce Bicepsówa (gdyż była chuda jak szparag) w krótkim czasie pocieszyła się kilkoma zmianami „wujków” i powiła jeszcze dwoje dzieci – każde z innym.
Nad nami – matka z podstarzałym żonatym kawalerem – tj facet miał niby żonę i dziecko ale mieszkał z matką. Nie wiem o co tam chodziło. Facet miał świra na punkcie sprzątania, jak zaczynał nam nad głową odkurzać i walić ssawką w dywan to można było oszaleć
Kiedyś robili remont i wrzucili do WC szmatę jakąś – zatkali tym cały pion ściekowy – oczywiście pechowo tuż poniżej nas – tej akcji to w życiu nie zapomnę – jak ADMy przysłały dwóch podpitych specjalistów (hydraulików?) z wieeeeeeelką spiralą, z których jeden orzekł tonem znawcy cedząc przez szczerbę w uzębieniu „Smata albo scur„.
Na samej górze siostra lokatora głównego – niemieckiego emigranta, później brat zafundował jej współlokatora w tym mieszkanku żeby taniej było, bo ona była bezrobotna i nie dawała rady opłacać czynszu, lokator szybko wyprowadził się – pani została sama – siedziała głównie w domu, nikt do niej nie przychodził, kompletna dziwaczka – ale sublokator jak się okazało zostawił jej w prezencie dziecko które urodziła jakoś niepostrzeżenie, i które dość długo nie było wiadomo czy jest dziewczynką czy chłopcem – miało długie loki i spinkę – a jednak był to chłopiec.
A pod nami na parterze mieszkała starsza samotna pani o pochodzącym od nazwiska przezwisku Lutownica.
W czasach kiedy jeszcze była zdrowa, była przez nas regularnie zalewana (oczywiście nie celowo) – do czasu remontu naszej łazienki, chłopaki (których na podwórku było 12 i tylko 2 dziewczyny, w tym ja) strasznie się jej psocili – np wykręcali jej żarówkę na klatce obok jej drzwi, grali w piłkę pod jej oknem. Ona oczywiście wciąż na nich wyzywała ale tak mi się wydaje, że to pilnowanie porządku było całym jej życiem i radością. Później zachorowała na alzheimera postępującego błyskawicznie (wtedy już akcje w jej wydaniu nie były śmieszne a straszne).
Całe dnie spędzaliśmy na tymże wielce interesującym podwórku, bawiliśmy się w „piwko na przeciwko” i inne takie, w podchody, gumę, linkę, dwa ognie, zwisaliśmy z trzepaka, siedzieliśmy w przylegającym „ogródku” – ogrodzony kawałek terenu z huśtawką, ławką i piaskownicą.
Któregoś razu chłopaki przywlekli skądś wrak syrenki którą stopniowo rozbierali na kawałki (po co???? nie wiem), w jednej z nieużywanych pralni zrobili sobie „klub” w którym siedzieli później całe dnie (a śmierdziało tam!!!).
W mojej pamięci tkwi jeszcze brama od naszego garażu (utworzonego z bramy – tunelu) z napisem wykonanym kredą przez dziadka (wciąż się zastanawiam jakim cudem ta kreda się nie zmyła przez te lata) o treści: UWAGA GARAŻ! NIE PARKOWAĆ! i wieczne wojny z zastawianiem powyższej, przez jakieś obce (nie podwórkowe) samochody.
No i jeszcze Cyja.
Typowy dziad-żebrak, z najprawdziwszym w świecie garbem. Dzwonił do naszych drzwi i stał ze spuszczoną głową nic nie mówiąc. No ale było wiadomo że trzeba mu parę złotych wcisnąć w garść. Ja nie wiem jak ja, jako małe dziecko się go nie bałam. To znaczy bałam się go jak szlag, ale jakoś ten strach potrafiłam przełamać i mu ten pieniążek podać.
No i jak na cababaw poszliśmy z bratem …. ale to już inna historia
Wczoraj byliśmy u mojej koleżanki z pracy, z jeszcze jedna koleżanką z pracy - "w gościach". Jest tam 9-letni Michał z którym nasze dzieci świetnie się bawiły, tak że przez cały wieczór całej trójki prawie nie było widać ani słychać, schodzili tylko z piętra co jakiś czas napić się czy coś przekąsić albo wysikać :) Było bardzo miło choć jako niepijący kierowca ciężko było znieść niektóre dyskusje tudzież dywagacje :) Ja apeluję o kolejne spotkanie w gronie tylko babskim, bo z chłopami to nawet spokojnie pogadać o dupie marynie się nie da bo się czepiają nawet o znaki dymne puszczane wzrokiem ;)
Ponieważ mam zaległości to nie pamiętam co się jeszcze działo od poprzedniej notki - nie zapisałam chyba tylko że byłam na studiach na pierwszym moim zjeździe - we Wrocławiu (drugi raz w życiu tam byłam nie licząc przelotnych pobytów na dworcu PKP) :))) - i choć odwiedziłam tylko niewielki skrawek to jestem nim zachwycona, Wrocław jest piękny wielkomiejski ale równocześnie nie utracił duszy. Studia fajne, to dla mnie nowe doświadczenie studiować coś co się już zna (studia specjalizacyjne czyli pewna odmiana podyplomówki) - to fajne uczucie mieć wrażenie że wie się na jakiś temat więcej niż wykładowca :)))) (było akurat o systemach informatycznych na których pracuje niemal codziennie więc posiadam bezcenną wiedzę praktyczną szarego użytkownika).
Dobra bo mnie wszyscy dookoła atakują - psy, dzieci, piece i się skupić nie mogę.
To jeszcze na szybko - czytelnia:
To jeszcze na szybko - czytelnia:
Jeden dzień - David Nicholls - mogłabym się o niej rozpisać, ale ponieważ muszę kończyć, powiem tylko tyle że książka jest magiczna - niby opowiada zwykłą historię życia dwójki ludzi, niby prosta historia jakich wiele, ale orze w mózgu rysę. I tyle. Coś w stylu Margaret Atwood. Piękne przesłanie.I dawne (mentalnie) - niedawne (tydzień temu) wspomnienie:
środa, 26 września 2012
W domu zaczątki szpitala.
Ja od wczoraj na zwolnieniu - zatoki, antybiotyk ("chory powinien leżeć").
Stary - dotarł wczoraj do domu ledwo żywy, idzie dziś do lekarza na pewno też antybiotyk i chory powinien leżeć - w jego wydaniu to będzie zapewne wyglądało tak że nie tylko leżeć ale i posiłki do łóżka a może nawet i basen :)))))))))))))))))))))))))))))) - no bo wiecie jak chłop chory to zaraz testament pisze :)
Młode jako tako choć Mateusz już mi się dziś nie podobał, no ale co się dziwić jak całe przedszkole zasmarkane a na własne oczy widziałam wczoraj jak kumple sobie z jednej butelki "z dzióbkiem" piją i wymieniają się tymi bakcylami (picie odbywało się już "po" przedszkolu, bo do przedszkola nie nosi się żadnych swoich pić ani jedzeń). Dziś zrobiłam młodemu wykład na temat nie dawania się napić koledze z jego butelki choćby tamten schodził z pragnienia :)
Młode (wszystkie) idą dziś do WDK na jakiś teatr - nie wiem jak to będzie zorganizowane że idzie tam i szkoła i przedszkole, chyba że z przedszkola tylko najstarsza grupa a ze szkoły tylko najmłodsze klasy.
A tu jeszcze wspomnienie z niedzieli - odwiedziliśmy "Dni NATO" w Ostravie - jak zwykle cudownie (polecam, impreza jest co roku około 20 września), pogoda piękna, ale wyobraźcie sobie mnie z ogniem w zatokach i na granicy eksplozji prawej półkuli czaszki (kto miewa problemy z zatokami to wie o jakim bólu mówię - mi docierał od czoła poprzez ucho aż do potylicy) - na otwartej przestrzeni (wiatr) i z przelatującymi co chwilę nad głową prędkością ponaddźwiękową myśliwcami ...
Tu jest jeszcze kilka
Ania jakoś ostatnio pamięta co ma zadane i nawet nie specjalnie marudzi przy lekcjach. A do tego zapałała miłością do religii - oczywiście chyba w związku z Komunią. Nie wiem czy pisałam że dostali "Dzienniczki dziecka przygotowującego się do Komunii" - to akurat dla mnie masakra jakaś - ale na Anię nawet jak narazie podziałało to dobrze bo o dziwo zmieniło jej podejście do zachowania się na mszy ( po mszy w niedzielę muszą iść do księdza po podpis że byli !!!!!!!!!!!!!!!!!!!) - do tego te wszystkie inne różańce, roraty itepe a nawet trzeba tam napisać gdzie i kiedy na cmentarzu 1 listopada się było. Szok.
A i w środy msza szkolna. Ha! :)
A za oknem PIĘKNA POLSKA ZŁOTA JESIEŃ! Aż się prosi o zdjęcia.
Ja od wczoraj na zwolnieniu - zatoki, antybiotyk ("chory powinien leżeć").
Stary - dotarł wczoraj do domu ledwo żywy, idzie dziś do lekarza na pewno też antybiotyk i chory powinien leżeć - w jego wydaniu to będzie zapewne wyglądało tak że nie tylko leżeć ale i posiłki do łóżka a może nawet i basen :)))))))))))))))))))))))))))))) - no bo wiecie jak chłop chory to zaraz testament pisze :)
Młode jako tako choć Mateusz już mi się dziś nie podobał, no ale co się dziwić jak całe przedszkole zasmarkane a na własne oczy widziałam wczoraj jak kumple sobie z jednej butelki "z dzióbkiem" piją i wymieniają się tymi bakcylami (picie odbywało się już "po" przedszkolu, bo do przedszkola nie nosi się żadnych swoich pić ani jedzeń). Dziś zrobiłam młodemu wykład na temat nie dawania się napić koledze z jego butelki choćby tamten schodził z pragnienia :)
Młode (wszystkie) idą dziś do WDK na jakiś teatr - nie wiem jak to będzie zorganizowane że idzie tam i szkoła i przedszkole, chyba że z przedszkola tylko najstarsza grupa a ze szkoły tylko najmłodsze klasy.
A tu jeszcze wspomnienie z niedzieli - odwiedziliśmy "Dni NATO" w Ostravie - jak zwykle cudownie (polecam, impreza jest co roku około 20 września), pogoda piękna, ale wyobraźcie sobie mnie z ogniem w zatokach i na granicy eksplozji prawej półkuli czaszki (kto miewa problemy z zatokami to wie o jakim bólu mówię - mi docierał od czoła poprzez ucho aż do potylicy) - na otwartej przestrzeni (wiatr) i z przelatującymi co chwilę nad głową prędkością ponaddźwiękową myśliwcami ...
Tu jest jeszcze kilka
Ania jakoś ostatnio pamięta co ma zadane i nawet nie specjalnie marudzi przy lekcjach. A do tego zapałała miłością do religii - oczywiście chyba w związku z Komunią. Nie wiem czy pisałam że dostali "Dzienniczki dziecka przygotowującego się do Komunii" - to akurat dla mnie masakra jakaś - ale na Anię nawet jak narazie podziałało to dobrze bo o dziwo zmieniło jej podejście do zachowania się na mszy ( po mszy w niedzielę muszą iść do księdza po podpis że byli !!!!!!!!!!!!!!!!!!!) - do tego te wszystkie inne różańce, roraty itepe a nawet trzeba tam napisać gdzie i kiedy na cmentarzu 1 listopada się było. Szok.
A i w środy msza szkolna. Ha! :)
A za oknem PIĘKNA POLSKA ZŁOTA JESIEŃ! Aż się prosi o zdjęcia.
piątek, 14 września 2012
Znalazłam dziś w rano w szafce przedszkolnej Mateusza taki oto rysunek:
Na moje zapytanie co to jest Młody mówi:
- To jest nasz plan na baby - tu leci bomba i wybucha.
- A dlaczego chcecie w dziewczyny bombami strzelać???
- bo one nas wkurzają bo ciągle za nami latają!
aaaaa
No i wprowadzenie do notki właściwej:
Dziś rano pytam Młodego czy lubi panią katechetkę (katechetka jest ta sama którą miała i ma nadal Ania, pani z nieco zrytą czapką która jak przypomnę uświadamiała dzieci przedszkolne o nie istnieniu świętego Mikołaja :)))
On na to - nie lubię bo ona na nas krzyczy, nawet jak nic złego nie robimy to też krzyczy.
Ja: - to weź jej następnym razem powiedz że nie ma krzyczeć bo złość piękności szkodzi :)
On: - NIE!!! Bo ona JUŻ jest brzydka. Stara i brzydka!
ups
Ja tam za panią katechetką też nie przepadam po tym co mi dzieci opowiadają ale dziś to nawet ją chyba zaczęłam lubić :))))
Rozpoczęliśmy bowiem masakrę o nazwie "Pierwsza Komunija Święta" Ani.
Masakrę piszę bo nie wiem czy tak wszędzie jest - ale pewnie tak - że jak dziecko idzie do I Komunii to rodzice już nie mają prawa mieć w ogóle życia i innych rzeczy na głowie - 3 razy w tygodniu msza :) I to z obojgiem rodziców. Raz w miesiącu spotkanie w kościele - też z obojgiem rodziców. Fajnie tylko że mi np. za miesiąc akurat w ten sam piątek co jest spotkanie wypada zjazd na studiach.
No dobra ale ja nie o tym - dziś była pierwsza z comiesięcznych mszy i po mszy spotkanie takie dla rodziców pogadanka - generalnie podobało mi się co Ksiądz gadał bo miał rację - o rewii mody, fryzurach jak dla panny młodej itepe.
Na co wstała jedna matka i powiedziała że MY (że niby my wszyscy????) chcielibyśmy zmienić alby na inny KRÓJ niż są zawsze. I że katalogi mają. (eeeeeeee??????) Bo te co są zawsze alby to wyglądają jak worki i NAM się nie podobają (notabene ta sama matka która najgłośniej krzyczała na pierwszym zebraniu w szkole kiedy był podział na klasy - widocznie tak już ma).W tej sprawie (że jest propozycja zmiany alb) to jeszcze przed wakacjami J.dostał smsa, choć tej matki w ogóle nie zna.Oczywiście jestem pewna że chodzi o to żeby ktośtam znajomy zarobił. Okej - niech mu tam będzie, czemu ma nie zarobić ... ale jak zwykle forma w jakiej to zostało przedstawione mnie przerosła.
Katechetka zaraz wyparowała - CISZA! TERAZ JA MÓWIĘ! (bo pewnie krawcowa co zawsze szyje z kolei ma układ z katechetką) od razu wyskoczyła - że takie coś to trzeba poddać głosowaniu i musiała by się zgodzić większość. I ma rację. Tym bardziej że wiele osób ma te alby z poprzednich lat odkupione od kogoś albo po starszym dziecku na przykład. I po tej akcji to ja będę głosować PRZECIWKO zmianom :) Choć do dziś było mi to obojętne. Ha!
czwartek, 13 września 2012
Nie do wiary ale Ania skończyła 8 lat :))))
Z okazji urodzin zafundowaliśmy jej niespodziankę - jazdę konno w teren - pierwszy raz.No i z tej okazji spała z konia i złamała sobie nos.
Czyli w 9ty rok życia wkroczyła z przytupem (końskich kopyt czyli niejako z tętentem ...)
Całe szczęście złamanie okazało się niegroźne, to znaczy nie wymagało zabiegu. Fuksiara.
MUSZĘ coś polecić. Po wielu latach poszukiwań i braku takowego w sieci - ZNALAZŁAM PRZEPIS na Tort dacquoise
To jest najlepszy przepis na świecie na tort bezowy!
e v e r
Znam go jako wyrób bydgoskiej cukierni Sowa.
Musicie go sobie zrobić bo bez spróbowania tego tortu nie wolno wam umierać :)
kopiuję z bloga http://margarytka.blogspot.com/
Na bezę:
6 białek
300 g drobnego cukru + dwie łyżki cukru trzcinowego Demerara firmy Sante - ten składnik jest niezbędny bo nadaje bezie specyficzny smak - choć może wydawać się mocno egzotyczny kupiłam do w normalnym Kauflandzie :)
1 łyżeczka octu winnego (najlepiej białego)
szczypta soli
8 suszonych daktyli
Na krem:
250 g serka mascarpone300 ml śmietany 30%
1 łyżka cukru pudru
150 g kajmaku (ok 1/3 z puszki 400 g) – można dać trochę więcej jeśli krem ma być bardzo słodki - oczywiście najlepszy jest ten z Gostynia :)
½ szklanki posiekanych orzechów włoskich
10 suszonych daktyli
Do dekoracji:
½ łyżeczki cukru pudru
½ łyżeczki kakao
kilka orzechów i kilka daktyli
Beza:
Pieczenie bezy zacząć od przygotowania papieru do upieczenie bezy. Od dna tortownicy (24-26cm średnicy) odrysować dwa koła, papier ułożyć na blaszkach. Daktyle do bezy pokroić na małe kawałki. Piekarnik nagrzać do 180 stopni.
Białka wlać do suchej miski, wsypać szczyptę soli. Ubić na sztywną pianę, dodać 1 łyżeczkę octu, a następnie wsypywać po 1 łyżce cukru (wymieszałam biały z brązowym) i cały czas miksować. Gdy już cały cukier znajdzie się w misce ubijać do chwili aż masa zacznie błyszczeć. Dodać pokrojone daktyle, wymieszać, podzielić na dwie części i wyłożyć na przygotowany papier. Można jeszcze dodać łyżkę skrobi albo mąki kukurydzianej, ale nie jest to konieczne, beza pięknie się piecze i jest taka krucha jak powinna.
Wstawić do nagrzanego do 180 stopni piekarnika, po ok 5 minutach zmniejszyć temperaturę do 150 stopni i piec 90 minut ( ja piekłam w termoobiegu, więc zmniejszyłam temperaturę do 130 stopni i piekłam 105 minut). Beza powinna się lekko przyrumienić i delikatnie popękać. Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i zostawić na noc do wystygnięcia. Można oczywiście upiec ją rano, wystudzić na blacie ale to wieczorne pieczenie jest jednak bardzo wygodne :-))
Krem:
Orzechy i daktyle posiekać na małe kawałki.
Do jednej miski włożyć serek mascarpone i kajmak, zmiksować na gładką masę. W drugiej misce ubić śmietanę, pod koniec ubijania dodać 1 łyżkę cukru pudru. Obie masy delikatnie połączyć (śmietanę dodać do serka, a nie odwrotnie). Na koniec wsypać posiekane bakalie, wymieszać.
Na jednym krążku bezy równomiernie rozprowadzić przygotowany krem, przykryć drugim krążkiem. Całość posypać cukrem pudrem wymieszanym z kakao i udekorować środek daktylami i orzechami.
Podawać od razu... można przechowywać w lodówce, ale niezbyt długo, bo beza naciągnie wilgoci i straci chrupkość.
środa, 5 września 2012
34 połączenia telefoniczne (w tym 12 od Ani w ciagu 3 h - skończyła lekcje i nie bez awantury telefonicznej poszła do domu - a tam: a czy nie będzie tornada? a na ścianie jest pająk. a ktoś tak głośno oddycha jakby spał, aha pies. a co mam zrobić jak się źle czuję. a czy ta kiełbasa w lodówce to jest jeszcze dobra? - aaaaa - a ja akurat na kontroli albo kupy kurze pobieram, no litości). Mamy z nią problem bo według niej jak kończy lekcje to ja mam się zwolnić z pracy i wracać do domu. Ciekawe co by mój szef na to powiedział.
+11 smsów - to dzisiejszy bilans. Do tego cały dzień w terenie, pobieranie prób - i o chwilę telefon.
Nerwy z bankiem z którego przyszedł sms z automatu do sprawy już nieaktualnej.
A na sam koniec e-mail z informacją o tym że wpisano mnie na listę studentów studium specjalizacyjnego we Wrocławiu (aaaaa - a ja tylko wysłałam zapytanie czy istnieje taka możliwość!) - zajęcia i to od razu II semestru (bo studia zaczęły się wiosną 2012) zaczynają się 14 września bodajże ... ała!
Zaraz po robocie - wycieczka z dziećmi do parku linowego (bo obiecałam żydowskim targiem zamiast wizyty w cyrku który do nas przyjechał - NIENAWIDZĘ CYRKU!!!)
Ledwo żyję, nie wiem jak będę jutro te pompki robić.
Piję teraz whisky z porcelanowego kubka - wiem że to obciach i profanacja :)))
Dowiedziałam się że do Ani klasy doszły dwie dziewczynki - siostry bliźniaczki (przeprowadzka z innej wsi) - i ona je rozpoznaje po kapciach!!! HA!
+11 smsów - to dzisiejszy bilans. Do tego cały dzień w terenie, pobieranie prób - i o chwilę telefon.
Nerwy z bankiem z którego przyszedł sms z automatu do sprawy już nieaktualnej.
A na sam koniec e-mail z informacją o tym że wpisano mnie na listę studentów studium specjalizacyjnego we Wrocławiu (aaaaa - a ja tylko wysłałam zapytanie czy istnieje taka możliwość!) - zajęcia i to od razu II semestru (bo studia zaczęły się wiosną 2012) zaczynają się 14 września bodajże ... ała!
Zaraz po robocie - wycieczka z dziećmi do parku linowego (bo obiecałam żydowskim targiem zamiast wizyty w cyrku który do nas przyjechał - NIENAWIDZĘ CYRKU!!!)
Ledwo żyję, nie wiem jak będę jutro te pompki robić.
Piję teraz whisky z porcelanowego kubka - wiem że to obciach i profanacja :)))
Dowiedziałam się że do Ani klasy doszły dwie dziewczynki - siostry bliźniaczki (przeprowadzka z innej wsi) - i ona je rozpoznaje po kapciach!!! HA!
poniedziałek, 3 września 2012
Zaprowadziliśmy dziś Mateusza na trening wu-szu. Masakra - po 3 minutach był ryk szloch i łkanie. Ten chłopak jest niemożliwy, nie mamy pomysłu jak go zachęcić do jakiejkolwiek aktywności ruchowej w grupie - kompletnie nie jest do tego stworzony. Po jednych zajęciach piłki nożnej na przykład powiedział że więcej nie chce iść.
Myśleliśmy że tutaj - tym bardziej że zna Mirka (trenera, tego od quadów) będzie ok przynajmniej na początku. A tu dupa.
Jedyny sposób jaki widzę a na który z kolei ucieszył się Mirek (bo to pomoże mu zachęcić ludzi do rodzinnego trenowania) - to to że w czwartek pójdziemy ćwiczyć wszyscy we czworo (Ania też wyraziła chęć).
Stary zaciera ręce bo stwierdził że w końcu będzie mógł mi spuścić (i to legalnie) łomot :) Tylko żeby się nie przeliczył, zobaczymy kto komu spuści heh.
Dla dociekliwych - grupa nie będzie prowadzona przez trenera z dwóch notek niżej :)))))
Dziś pierwszy dzień szkoło-przedszkola, Młody jak stary wyga, młoda zgubiła plan lekcji. Czyli normalka. No to od jutra startujemy z edukacyjnym kieratem ...
Myśleliśmy że tutaj - tym bardziej że zna Mirka (trenera, tego od quadów) będzie ok przynajmniej na początku. A tu dupa.
Jedyny sposób jaki widzę a na który z kolei ucieszył się Mirek (bo to pomoże mu zachęcić ludzi do rodzinnego trenowania) - to to że w czwartek pójdziemy ćwiczyć wszyscy we czworo (Ania też wyraziła chęć).
Stary zaciera ręce bo stwierdził że w końcu będzie mógł mi spuścić (i to legalnie) łomot :) Tylko żeby się nie przeliczył, zobaczymy kto komu spuści heh.
Dla dociekliwych - grupa nie będzie prowadzona przez trenera z dwóch notek niżej :)))))
Dziś pierwszy dzień szkoło-przedszkola, Młody jak stary wyga, młoda zgubiła plan lekcji. Czyli normalka. No to od jutra startujemy z edukacyjnym kieratem ...
piątek, 31 sierpnia 2012
Czy ktoś pamięta dawnego trenera kung-fu Ani którego wszystkie chciałyśmy przytulić i pogłaskać? :))))))
W zeszłym tygodniu bowiem kiedy była u nas Misia, skoczyliśmy do pobliskiej wioski na Rodzinny ChinaShow :) - organizatorem byli znajomi :)))
Mina młodego bezcenna :) Kiedy przejeżdżamy koło domu "Pana Mirka" (tego który prowadzi quada, niedawno gościł nas - quady, strzelanie itepe) to dzieciary aż piszczą z radości :)
Teraz mamy na pokładzie Ulę.
Wczoraj było zebranie w przedszkolu, Młody trafił do grupy 5/6 latków. Ale najważniejsze że ze swoimi kolegami i do swojej "starej" pani ;)
niedziela, 26 sierpnia 2012
Wczoraj mieliśmy Gości z Bytomia :)
:)
Jako że zostało po gościach trochę kuchennego drobiazgu a mi się nie chciało robić normalnego obiadu, oto jak powstał obiad z niczego :)
Papryka faszerowana (zrobiłam jej po prostu więcej wczoraj) - sezon paprykowy ale i bez tego przepis tani prosty i efektowny :)
Ok. pół kilograma mięsa mielonego (miałam wieprzowe ale chyba lepsze byłoby wołowe albo mieszane) posmażyć na patelni z olejem dodając zmiażdżone ząbki czosnku (2-3), posolić lub doprawić vegetą. Do podsmażonego mięsa dodać około pół szklanki ugotowanego ryżu, 2-3 pomidory obrane ze skórki, pozbawione nasionek i pokrojone w kosteczkę, pół małej papryki pokrojonej w kosteczkę, dużą garść drobno posiekanych ziół: szczypiorek, koper, zielona pietruszkę i inne - co kto lubi.
Wszystko wymieszać, doprawić jeszcze solą, pieprzem.
Masą napełniać połówki mięsistych wydrążonych papryk lekko ugniatając. Farszu mi wystaczyło na 3 spore papryki (tzn 6 połówek).
Ułożyć w naczyniu żaroodpornym.
Podlać szklanką bulionu, do bulionu dodać 3-4 łyżeczki przecieru pomidorowego, całość można jeszcze posypać ziołami które dawaliśmy do farszu.
Na każdą połówkę papryki położyć wiórek masła.
Wstawić do pieca, na 180 stopni i zapiekać, 30-40 minut ale to będzie zależało od wielkości i "grubości papryk" - mają być miękkie - na tyle na ile kto lubi :) W trakcie pieczenia polewać papryki kilka razy sosikiem pomidorowym. Pod koniec pieczenia posypać papryki startym żółtym serem i poczekać aż się stopi.
Do tego - zostały mi z wczorajszego grilla dwa duże ziemniaki które najpierw gotowałam w mundurkach a później piekłam w piecu z oliwą i przyprawą do ziemniaków. Wczoraj jedliśmy je (w całości, w skórkach) z sosem czosnkowym. Mogłam je wyrzucić, ale wymyśliłam do powyższej papryki banalnie prosty dodatek:
Ziemniaki zapiekane z pomidorami (ziemniaki z wczoraj, pomidory z ogródka :)))
Ugotowane w mundurkach duże ziemniaki obtoczyć w oliwie wymieszanej z przyprawą do ziemniaków lub ulubionymi ziołami, pokroić w grube plastry.
Mięsiste pomidory pokroić w poprzek w grube plastry.
Układać plastry na przemian na blaszce lub folii aluminiowej. Posolić, posypać tymiankiem - ja dałam bo miałam (własnej roboty) suszone pomidory w oliwie drobno posiekane (to czarne - w czasie pieczenia ziemniaków tak ściemniały). Całość skropić obficie oliwą od pomidorów w zalewie albo jak ktoś nie ma to zwykłym olejem. I zapiekać. Mniam :)
Dla dzieci - szaszłyk z kurczaka (połówką piersi + frytki można "nakarmić" 4 osoby :))))
Kurczak, boczek, 3 pieczarki, kawałek papryki:
No i coś na deser - też najprostsze na świecie i sezonowe bo z malinami więc można skorzystać z ogródka :)
Rolada z bitą śmietaną i malinami:
Upiec biszkopt na dużej prostokątnej blaszce, nie może być za wysoki, ja robię na 5 jaj.
Przepis stosuję od dawna ten sam i zawsze wychodzi: ile jajek tyle łyżek cukru, tyle łyżek mąki ziemniaczanej, tyle łyżek mąki pszennej i duża szczypta proszku do pieczenia.
A więc:
Z 5 jaj oddzielić białka i ubić je na sztywno, ubijać dalej dodając 5 łyżek cukru. Następnie najwolniejszymi obrotami miksera wmieszać do białek żółtka. Następnie 5 łyżek mąki ziemniaczanej i 5 łyżek mąki pszennej odmierzyć do miseczki, dodać proszek do pieczenia (no tak 1/3-1/2 łyżeczki) i wymieszać go z mąkami, wsypać je przez sitko do masy jajecznej łącząc te składniki poprzez delikatne mieszanie drewnianą łyżką.
Masę wylać na blachę KONIECZNIE WYŁOŻONĄ PAPIEREM DO PIECZENIA.
Piec jakieś 20 minut w 180 stopniach.
Po skończeniu pieczenia, natychmiast wyjąć ciasto z pieca, i posługując się papierem na którym się piekło zwinąć (od krótszego boku) razem z tym papierem w rulon.
Jak pozwoli się mu choć trochę przestygnąć to nie da się zwinąć tylko się połamie. Jak zwiniemy bez papieru to może się posklejać i też połamać.
W postaci zwiniętej zostawić do wystygnięcia.
Około 400 ml śmietany kremówki ubić na sztywno dodając 2 opakowania śmietan-fixu i ze 2 łyżki cukru pudru (najlepiej przez sitko żeby nie było grudek).
Całkowicie wystudzone ciasto delikatnie odwinąć na płasko, rozsmarować bitą śmietanę i ułożyć wcześniej umyte i osuszone maliny. Oczywiście mogą być inne owoce, np. pokrojone brzoskwinie z puszki.
Rulon ciasta zwijamy ponownie z zawartością, starając się to zrobić stosunkowo ciasno ale z wyczuciem żeby nam cała śmietana z niego nie wyszła :) Żeby ładnie wyglądało na talerzu ściąć końce rolady dla wyrównania i koniecznie te obrzynki skonsumować :)
I już. Dobrze schłodzić. Tuż przed podaniem oprószyć cukrem pudrem (tuż przed podaniem bo cukier wsiąknie w ciasto po pewnym czasie). Najlepsze w dniu wykonania bo śmietana wiadomo że po dłuższym czasie trochę siada :)
Przed nami ostatni tydzień wakacji. Gratuluję sobie i nam że nam się udało to przetrwać i zorganizować opiekę dla dzieci na całe dwa miesiące.
Ponieważ jestem mądrzejsza o doświadczenia, nie mam zamiaru stosować żadnych szaleństw przedwrześniowych, na spokojnie pozałatwia się w następnym tygodniu, będą na pewno przeceny, poza tym sama nie wiem co oni potrzebują do szkoły i przedszkola bo mam nadzieję że (przynajmniej w szkole) sporo materiałów zostało z zeszłego roku. Książki dla Anie częściowo mamy - angielski i religię, a zestaw podstawowy już zamówiłam w Gandalfie - jego cena w porównaniu z czerwcem jest niższa o ponad 30 zł i dodatkowo przesyłka gratis :)
Właściwie muszę im przed pierwszym dniem kupić tylko kapcie bo bez tego nie mogą iść i dla Ani pióro. Piórniki już mają. Parę rzeczy - farby, plasteliny, kredki - przywieźli Dziadki - kupili to będąc w Czechach, najciekawsze jest to że połowa tych rzeczy to wyroby polskie :) i mają tylko czeskie nalepki.
Cały czas przymierzam się do kolejnych porządków na strychu, stoją tam jakieś wory z ciuchami chyba już od 5 lat nie otwierane, no to znaczy że należy je wyrzucić.
- Mamo, ale ty już jesteś stara bo masz takie wielkie stopy - powiedział mi Syn.
A właściwie dlaczego o każdej części cała można powiedzieć "naga" a o stopie mówi się bosa?
:)
Jako że zostało po gościach trochę kuchennego drobiazgu a mi się nie chciało robić normalnego obiadu, oto jak powstał obiad z niczego :)
Papryka faszerowana (zrobiłam jej po prostu więcej wczoraj) - sezon paprykowy ale i bez tego przepis tani prosty i efektowny :)
Ogólny zarys wzięłam z jakiejś starej gazety ale trochę zmodyfikowałam:
Wszystko wymieszać, doprawić jeszcze solą, pieprzem.
Masą napełniać połówki mięsistych wydrążonych papryk lekko ugniatając. Farszu mi wystaczyło na 3 spore papryki (tzn 6 połówek).
Ułożyć w naczyniu żaroodpornym.
Podlać szklanką bulionu, do bulionu dodać 3-4 łyżeczki przecieru pomidorowego, całość można jeszcze posypać ziołami które dawaliśmy do farszu.
Na każdą połówkę papryki położyć wiórek masła.
Wstawić do pieca, na 180 stopni i zapiekać, 30-40 minut ale to będzie zależało od wielkości i "grubości papryk" - mają być miękkie - na tyle na ile kto lubi :) W trakcie pieczenia polewać papryki kilka razy sosikiem pomidorowym. Pod koniec pieczenia posypać papryki startym żółtym serem i poczekać aż się stopi.
Do tego - zostały mi z wczorajszego grilla dwa duże ziemniaki które najpierw gotowałam w mundurkach a później piekłam w piecu z oliwą i przyprawą do ziemniaków. Wczoraj jedliśmy je (w całości, w skórkach) z sosem czosnkowym. Mogłam je wyrzucić, ale wymyśliłam do powyższej papryki banalnie prosty dodatek:
Ziemniaki zapiekane z pomidorami (ziemniaki z wczoraj, pomidory z ogródka :)))
Ugotowane w mundurkach duże ziemniaki obtoczyć w oliwie wymieszanej z przyprawą do ziemniaków lub ulubionymi ziołami, pokroić w grube plastry.
Mięsiste pomidory pokroić w poprzek w grube plastry.
Układać plastry na przemian na blaszce lub folii aluminiowej. Posolić, posypać tymiankiem - ja dałam bo miałam (własnej roboty) suszone pomidory w oliwie drobno posiekane (to czarne - w czasie pieczenia ziemniaków tak ściemniały). Całość skropić obficie oliwą od pomidorów w zalewie albo jak ktoś nie ma to zwykłym olejem. I zapiekać. Mniam :)
Dla dzieci - szaszłyk z kurczaka (połówką piersi + frytki można "nakarmić" 4 osoby :))))
Kurczak, boczek, 3 pieczarki, kawałek papryki:
No i coś na deser - też najprostsze na świecie i sezonowe bo z malinami więc można skorzystać z ogródka :)
Rolada z bitą śmietaną i malinami:
Upiec biszkopt na dużej prostokątnej blaszce, nie może być za wysoki, ja robię na 5 jaj.
Przepis stosuję od dawna ten sam i zawsze wychodzi: ile jajek tyle łyżek cukru, tyle łyżek mąki ziemniaczanej, tyle łyżek mąki pszennej i duża szczypta proszku do pieczenia.
A więc:
Z 5 jaj oddzielić białka i ubić je na sztywno, ubijać dalej dodając 5 łyżek cukru. Następnie najwolniejszymi obrotami miksera wmieszać do białek żółtka. Następnie 5 łyżek mąki ziemniaczanej i 5 łyżek mąki pszennej odmierzyć do miseczki, dodać proszek do pieczenia (no tak 1/3-1/2 łyżeczki) i wymieszać go z mąkami, wsypać je przez sitko do masy jajecznej łącząc te składniki poprzez delikatne mieszanie drewnianą łyżką.
Masę wylać na blachę KONIECZNIE WYŁOŻONĄ PAPIEREM DO PIECZENIA.
Piec jakieś 20 minut w 180 stopniach.
Po skończeniu pieczenia, natychmiast wyjąć ciasto z pieca, i posługując się papierem na którym się piekło zwinąć (od krótszego boku) razem z tym papierem w rulon.
Jak pozwoli się mu choć trochę przestygnąć to nie da się zwinąć tylko się połamie. Jak zwiniemy bez papieru to może się posklejać i też połamać.
W postaci zwiniętej zostawić do wystygnięcia.
Około 400 ml śmietany kremówki ubić na sztywno dodając 2 opakowania śmietan-fixu i ze 2 łyżki cukru pudru (najlepiej przez sitko żeby nie było grudek).
Całkowicie wystudzone ciasto delikatnie odwinąć na płasko, rozsmarować bitą śmietanę i ułożyć wcześniej umyte i osuszone maliny. Oczywiście mogą być inne owoce, np. pokrojone brzoskwinie z puszki.
Rulon ciasta zwijamy ponownie z zawartością, starając się to zrobić stosunkowo ciasno ale z wyczuciem żeby nam cała śmietana z niego nie wyszła :) Żeby ładnie wyglądało na talerzu ściąć końce rolady dla wyrównania i koniecznie te obrzynki skonsumować :)
I już. Dobrze schłodzić. Tuż przed podaniem oprószyć cukrem pudrem (tuż przed podaniem bo cukier wsiąknie w ciasto po pewnym czasie). Najlepsze w dniu wykonania bo śmietana wiadomo że po dłuższym czasie trochę siada :)
Przed nami ostatni tydzień wakacji. Gratuluję sobie i nam że nam się udało to przetrwać i zorganizować opiekę dla dzieci na całe dwa miesiące.
Ponieważ jestem mądrzejsza o doświadczenia, nie mam zamiaru stosować żadnych szaleństw przedwrześniowych, na spokojnie pozałatwia się w następnym tygodniu, będą na pewno przeceny, poza tym sama nie wiem co oni potrzebują do szkoły i przedszkola bo mam nadzieję że (przynajmniej w szkole) sporo materiałów zostało z zeszłego roku. Książki dla Anie częściowo mamy - angielski i religię, a zestaw podstawowy już zamówiłam w Gandalfie - jego cena w porównaniu z czerwcem jest niższa o ponad 30 zł i dodatkowo przesyłka gratis :)
Właściwie muszę im przed pierwszym dniem kupić tylko kapcie bo bez tego nie mogą iść i dla Ani pióro. Piórniki już mają. Parę rzeczy - farby, plasteliny, kredki - przywieźli Dziadki - kupili to będąc w Czechach, najciekawsze jest to że połowa tych rzeczy to wyroby polskie :) i mają tylko czeskie nalepki.
Cały czas przymierzam się do kolejnych porządków na strychu, stoją tam jakieś wory z ciuchami chyba już od 5 lat nie otwierane, no to znaczy że należy je wyrzucić.
- Mamo, ale ty już jesteś stara bo masz takie wielkie stopy - powiedział mi Syn.
A właściwie dlaczego o każdej części cała można powiedzieć "naga" a o stopie mówi się bosa?
wtorek, 21 sierpnia 2012
To był dzień (niedziela).
Najpierw ryby z krewnymi i znajomymi królika :)
A później wizyta u znajomego - Mistrza Kung-Fu który prowadząc firmę organizującą obozy survivalowe posiada garaż pełen fajnych zabawek :)
Odpaliłam wczoraj drugi tydzień urlopu ale dziś jestem w pracy - to znaczy oficjalnie mnie tu nie ma :)
Dzieci chyba powoli zaczynają tęsknić do placówek edukacyjno-wychowawczych, to znaczy Młody tęskni, Młoda niezbyt.
Kolejne urodziny w tym tygodniu - tym razem zaproszony został Mateusz. Prezent już skombinowałam wrrrrrr ..........
Najpierw ryby z krewnymi i znajomymi królika :)
A później wizyta u znajomego - Mistrza Kung-Fu który prowadząc firmę organizującą obozy survivalowe posiada garaż pełen fajnych zabawek :)
Odpaliłam wczoraj drugi tydzień urlopu ale dziś jestem w pracy - to znaczy oficjalnie mnie tu nie ma :)
Dzieci chyba powoli zaczynają tęsknić do placówek edukacyjno-wychowawczych, to znaczy Młody tęskni, Młoda niezbyt.
Kolejne urodziny w tym tygodniu - tym razem zaproszony został Mateusz. Prezent już skombinowałam wrrrrrr ..........
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























