Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytelnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015


Moje odkrycie zasługujące na odrębną notkę :)
Cudowny, cudowny autor: 
Carlos Ruiz Zafón odkryty zupełnie przypadkowo w powieści GRA ANIOŁA.



Powieść o życiu i jego przemijaniu, podważeniu nieuchronności śmierci, czarnej magii, ciemnych mocach,  władzy pieniądza, chciwości, żądzy władzy, drugiej szansie, strachu ....a przede wszystkim miłości: najważniejszej -  miłości do literatury którą autor personifikuje nadając książkom cechy ludzkie ("wszystkie książki, każdy tom, który tu widzisz, ma duszę. Duszę swojego autora, a także dusze tych, którzy go czytali i o nim marzyli") miłości do życia i tej zwykłej ludzkiej miedzy mężczyzną i kobietą - której siła przezwycięża śmierć i odradza się na nowo będąc równocześnie nagrodą i karą.
Niesamowity, mroczny klimat osadzony w Barcelonie z początku XX wieku.


Na pewno do pana Carlosa wrócę :)

wtorek, 9 grudnia 2014

"Marzenia trzeba spełniać, choćby nie wiem co, warto próbować, bo w przeciwnym razie nigdy się nie dowiemy, co by było gdyby... 
Zrozumiałam też kolejną rzecz: trzeba podchodzić z dystansem do planów na przyszłość. 
Nie można zaplanować zżycia od A do Z.  Bo jutro może zdarzyć się coś takiego, co wywróci nasz poukładany świat do góry nogami i wszystko ulegnie zmianie.
A miłość... Miłość to nie tylko te motyle w brzuchu, które przyjemnie łaskoczą, to nie tylko te burze z piorunami, nieziemski seks. 
Miłość to także zwykłe, szare dni. 
To drugi człowiek, z którym jesteśmy na dobre i na złe. 
Miłość ma czasem zapuchnięte oczy od nadmiaru łez, cóż, taka już ona jest."

Gabriela Gargaś – Jutra może nie być

czwartek, 4 września 2014

W końcu ...


... oddałam  "MAG"a ... nienawidzę estetyki i okoliczności przyrody w jakich jest napisana ta książka ... nieczęsto się to zdarza żebym nie przebrnęła do końca tak jak w jej przypadku ....


Onomatopeja (harmonia naśladowcza, wyraz dźwiękonaśladowczy) – figura retoryczna, używana w poezji jako środek stylistyczny polegający na takim dobieraniu wyrazów (istniejących w mowie lub neologizmów albo glosolalii), aby naśladowały one swym brzmieniem opisywane zjawisko lub dźwięki wydawane przez opisywany przedmiot.
Onomatopeja to wyraz naśladujący dźwięki i odgłosy naturalne, w tym dźwięki wydawane przez zwierzęta. W języku polskim(i nie tylko) onomatopeja jest rdzeniem wielu wyrazów, również czasowników i rzeczowników (np. buczeć, buczenie, szumieć, szum).

Po dzisiejszej wizycie w bibliotece moja onomatopeja na dziś: MMMRRRRRRRRRRRRRRRRRRah :)

Sezon jesienny uważam za rozpoczęty :)




niedziela, 28 października 2012

update wieczorne:


Teraz podchodzę obok ciebie blisko, biorę w jedną rękę twe włosy, które kiedyś tak 
kochałem, choć teraz nie czuję nic na ich temat. Owijam sobie wokół pięści.
Teraz j
estem spokojny spokojem, że tak to określę, pracownika rzeźni, pracownika uboju 
drobiu.





Czytam "Wojnę polsko-ruską" (film widziałam już kiedyś) ..... boszzzz jaka sieczka :)))))))) 


Najlepszy przykład na to że literacki geniusz ma wiele twarzy :)




----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak chyba w całym kraju tak i do nas tej nocy zawitała zima. A zima jest biała i zimna. Ależ odkrywcze stwierdzenie :) - jednak była to pierwsza myśl która zrodziła się w mojej głowie kiedy wystawiłam czubek stopy spod kołdry w lodowatą przestrzeń nieogrzewanego pokoju. W domu też więc zimowo - piec CO leży i czeka na montaż który mam nadzieję nastąpi szczęśliwie jutro.
Dzieci oczywiście się cieszą - "Nie mogłem doczekać się zimy!!!" (cyt. Mateusza), starzy mniej ....
Palimy więc w piecach kaflowych (mamy dwa - całe szczęście w aspekcie tej awarii CO), nie ma to jak o 7-mej rano w niedzielę hajcować w piecu :) W związku z tym porannym hajcungiem i tym specyficznym chłodem bijącym od starych ceglanych ścian stanął mi przed oczami dom w którym spędziłam pierwszą część mojego życia - może dlatego że też miałam w pokoju piec kaflowy w którym paliłam przez jakiś czas (później zastąpiony piecem elektrycznym). I przypomniał mi się post o tym domu który kiedyś popełniłam - odszukałam go i zamieszczam poniżej!


Post opublikowany na moim starym blogu dnia 4 października 2008 r - kopiuję w całości :)

Childhood in neighbourhood.

Wśród osób które „właśnie dołączyły do Twojej szkoły” na NK oczom mym ukazała się wczoraj osoba której do tej pory nie podejrzewałabym o całkiem sprawną umiejętność pisania i czytania -a tu proszę – w komputerze oblatana ;) 
Jako że dziewczyna ta mieszkała w moim najbliższym sąsiedztwie zebrało mi się na wspomnienia czasów mojego dzieciństwa, które niemal całe mieszkaliśmy w dużym mieszkaniu starej przedwojennej kamienicy.
Mieszkanie na pierwszym piętrze, które jak to opowiadanie rodzinne głosi, zrujnowane po przemarszu wojsk radzieckich (tj wojsk wyzwalających) :) wybrał spośród innych zrujnowanych lokali mój dziadek mający podjąć w CCH pracę w swoim zawodzie lekarza. Mieszkanie jako jedyne dotrwało do „moich czasów” w stanie niemal nie podzielonym, zajmowało prawie całe pierwsze piętro, zawierało m.in. 12-metrowy korytarz i posiadało bardzo nietypowo dla tego domu – dwa wejścia prowadzące na dwie różne klatki schodowe. Drzwi frontowe wiodące wprost do „salonu” i drzwi dosłownie i w przenośni – kuchenne.
Resztki dawnej wielkomiejskiej świetności :) 
Dziesiątki razy śniłam sen w którym ktoś dobija się do głównych drzwi (złodziej-morderca), w końcu wdziera się – a ja zwiewam na dwór drzwiami kuchennymi. Mój pokój znajdował się za kuchnią – był malutki, miał widok na oddalony o dwa metry mur i był kiedyś podobno służbówką.
Kamienica połączona była z trzema innymi tworząc otwartą z jednej strony „studnię”, obsypujące się z tynków ściany okalały brudne ziemiste podwórko z pojemnikami na śmieci ustawionymi w centrum.
Klatki schodowe z odrapanymi ścianami i drewnianymi schodami których szorownie szrubrem było istnym rytuałem.

Na podwórze wychodziły okna i balkony – głównie kuchenne i jak sięgam do moich wspomnień – domy te tętniły życiem stanowiąc swoisty naturszczykowski teatr. 
Lokatorzy zamieszkujący poszczególne piętra stanowili niezwykłe zbiorowisko barwnych postaci, może nie aż tak barwnych jak lokatorzy z Delicatessen ale czasem podobnie intrygujących ;) 
Ze względu na stosunkową bliskość sąsiednich okien, jak i doskonałą akustykę podwórka (szczególnie porą wieczorno-nocną) podglądanie sąsiadów było nieuniknione, a czasem niezwykle wciągające.

Najlepszym punktem obserwacyjnym był nasz balkon kuchenny (jeden z trzech jakie mieliśmy) – ten bowiem obsadzony kwiatami służył do „posiedzenia”.
Na drugim wychodzącym na podwórko w kącie – wieszało się pranie, a trzeci (właściwie była to loggia) był praktycznie nie używany bo skierowany na wschód i wychodzący na ulicę.
Dokładnie vis’a'vis naszej kuchni, na tym samym piętrze co my, mieszkała rodzina wspomnianej na początku dziewczyny.


Dziś powiedziałabym że była to rodzina prosta, nieokrzesana ze sporymi nalotami patologii.

Głowa rodziny – upiorny krawiec kuternoga – ofiara choroby Heinego-Medina (zwany przez nasKulawym) choć kuśtykał o lasce – trząsł domownikami. Wieczorami przy odsłoniętych i oświetlonych oknach można było obserwować i słyszeć jak się awanturują i jak tłucze potomstwo tą swoją laską po łbach. Nic dziwnego więc że poziom IQ dziatwy był niespecjalnie wysoki ;) Do tego zwyczajna bieda, alkohol, brud. Wielodzietność. Czyli „zestaw narodowy” :) 

Koleżanka Lidia (co jak co ale imiona to wszyscy tam mieli arystokratyczne) – moja rówieśnica, lekko ociężała umysłowo – nie była w stanie skończyć szkoły podstawowej w normalnym trybie – opływała jednak w inne zdolności, bo zanim ja skończyłam szkołę średnią ona urodziła chyba pięcioro dzieci z których przeżyło tylko jedno – Patrycja (ale pamiętam:))) mająca problemy z (na nasze oko) hormonem wzrostu – jak malutka była w wieku roku, taka została, tylko twarz się jej zmieniała nieco, do tego chuda jak obciagnięty skórą kościotrupek. Nazywaliśmy ją Małpką(bo bardzo małpkę – i wyglądem i sprytem przypominała) :)
Poniżej starsze małżeństwo – on mimo że wiekowy – w skleconym z jakichś śmieci gdzieś na działkach chlewiku hodował świnie, w związku z czym zbierał od sąsiadów tzw „obierki” w pojemniku stojącym na podwórku.

Nad krawcem – kolejne „starsze małżeństwo” – dokładne przeciwieństwo tych z parteru – później już sama ona – wdowa (+syn, synowa i wnuczka) – cały dzień krzątająca się, sprzątająca, muskająca kwiatki którymi nota bene nieustannie próbowała konkurować z naszymi ;)

Obok – starsza pani – matka, z córką rozwódką – też całymi dniami przesiadywały na ukwieconym balkonie (bo co miały robić) i pociągały sobie z flaszeczki. Starsza pani bardzo nie lubiła hałasu na podwórku i wiecznie darła się na nas o grę w piłkę czy krzyki. Poza tym rzucała przez okno wprost na nasze – bawiących się dzieci głowy – obierki, ogryzki i skórki od kiełbasy.

Na trzecim piętrze na lewo (nadal vis’a'vis nas) mieszkała kobieta w trudnym do określenia wieku – ponoć ze swoim bratem którego nigdy w życiu nie widziałam – pani wychodziła na dwór wyłącznie wcześnie rano i późno wieczorem – aby wyprowadzić psa, natomiast przez całą noc paliło się w jej nie zasłoniętym oknie światło – goła żarówa chyba 200tka bo dawała światło z tego 3-go piętra prawie na całe podwórko. W związku z tym ochrzciliśmy ją ksywką Wampirka.
Jak sobie teraz to piszę to stwierdzam, że mieliśmy niezłe jajo z tymi ksywkami dla sąsiadów. Wymyśliłyśmy sobie jeszcze z mamą historię, że ukatrupiła swojego brata siekierą (dlatego go nie widać), a nocami kroi na kawałki i mieli maszynką jego zwłoki – dlatego to światło takie mocne się pali.

Na ścianie po lewej – na samej górze małżeństwo z dwójką dzieci, które wprowadziło się tam już w trakcie naszego tam żywota (a więc sąsiedzi nie z zasiedzenia a napływowi) – nie zapomnę jak ona (pani farmaceutka) wyszła na to zasyfiałe i zasikane przez psy podwórko z leżakiem i się opalała w bikini. Normalnie cały blok miał ubaw :) 
Później kiedy pracowałam w wakacje w pobliskim kiosku ruchu – dowiedziałam się że on – kupuje CODZIENNIE 2 paczki Marlboro – (po jednej dla siebie i żony) i jedną gazetkę erotyczną.

Po tej samej stronie na parterze – babka alkoholiczka, która wychodziła wieszać pranie w szlafroku i z wałkami na włosach.

Następnie bliżej nas ale także po lewej :) na ostatnim piętrze nauczyciel matematyki – także alkoholik – który systematycznie upijał się jak świnia, awanturował się, a jego ledwo chodząca matka przychodziła do nas z płaczem dzwonić na policję. Czasem też zalegał w kałuży swoich wydalin na klatce schodowej.

Poniżej w jednym z dzielonych mieszkań – jeden pokój zajmował Pan z pieskami.
Starszy pan – zawsze w towarzystwie 2-3 małych kundelków – chorobliwy zbieracz śmieci.
Jak któregoś razu zachorował i go zabrano do szpitala – służby sanitarne tam do niego wparowały i wywiozły całą przyczepę tego co przez lata uzbierał i co miał podobno ułożone w ciasne stosy aż pod sufit, tak że tylko wąskie przejście przez środek było. Po powrocie do domu podobno strasznie rozpaczał że go okradziono. I zaczął zbierać na nowo.

W naszym bloku też kilka kwiatków by się znalazło …. 
W oficynie po prawej stronie naszego ulubionego balkonu – zamieszkała (także napływowa) rodzinka, która natychmiast po przeprowadzce na swój dłuuuugi balkon wystawiła stolik, krzesła, magnetofon i na cały regulator rozwaliła muzę typu DiscoPolo, czym na samym wstępie sobie przechlapała – ponieważ niepisaną zasadą tej naszej złożonej komuny było – głośna muzyka z okien to dzieło szatana.
Pani, pan, dwoje dzieci – rodzina z gatunku „uboga, umiarkowanie patologiczna” – pijąca sporo ale raczej przeważnie bez awantur. Pan szybko „ubył” – zmarł na raka nerek bodajże, pani natomiast o dźwięcznej ksywce Bicepsówa (gdyż była chuda jak szparag) w krótkim czasie pocieszyła się kilkoma zmianami „wujków” i powiła jeszcze dwoje dzieci – każde z innym.

Nad nami – matka z podstarzałym żonatym kawalerem – tj facet miał niby żonę i dziecko ale mieszkał z matką. Nie wiem o co tam chodziło. Facet miał świra na punkcie sprzątania, jak zaczynał nam nad głową odkurzać i walić ssawką w dywan to można było oszaleć :) 
Kiedyś robili remont i wrzucili do WC szmatę jakąś – zatkali tym cały pion ściekowy – oczywiście pechowo tuż poniżej nas – tej akcji to w życiu nie zapomnę – jak ADMy przysłały dwóch podpitych specjalistów (hydraulików?) z wieeeeeeelką spiralą, z których jeden orzekł tonem znawcy cedząc przez szczerbę w uzębieniu „Smata albo scur„.

Na samej górze siostra lokatora głównego – niemieckiego emigranta, później brat zafundował jej współlokatora w tym mieszkanku żeby taniej było, bo ona była bezrobotna i nie dawała rady opłacać czynszu, lokator szybko wyprowadził się – pani została sama – siedziała głównie w domu, nikt do niej nie przychodził, kompletna dziwaczka – ale sublokator jak się okazało zostawił jej w prezencie dziecko które urodziła jakoś niepostrzeżenie, i które dość długo nie było wiadomo czy jest dziewczynką czy chłopcem – miało długie loki i spinkę – a jednak był to chłopiec.

A pod nami na parterze mieszkała starsza samotna pani o pochodzącym od nazwiska przezwisku Lutownica. 


W czasach kiedy jeszcze była zdrowa, była przez nas regularnie zalewana (oczywiście nie celowo) – do czasu remontu naszej łazienki, chłopaki (których na podwórku było 12 i tylko 2 dziewczyny, w tym ja) strasznie się jej psocili – np wykręcali jej żarówkę na klatce obok jej drzwi, grali w piłkę pod jej oknem. Ona oczywiście wciąż na nich wyzywała ale tak mi się wydaje, że to pilnowanie porządku było całym jej życiem i radością. Później zachorowała na alzheimera postępującego błyskawicznie (wtedy już akcje w jej wydaniu nie były śmieszne a straszne).
Całe dnie spędzaliśmy na tymże wielce interesującym podwórku, bawiliśmy się w „piwko na przeciwko” i inne takie, w podchody, gumę, linkę, dwa ognie, zwisaliśmy z trzepaka, siedzieliśmy w przylegającym „ogródku” – ogrodzony kawałek terenu z huśtawką, ławką i piaskownicą.
Któregoś razu chłopaki przywlekli skądś wrak syrenki którą stopniowo rozbierali na kawałki (po co???? nie wiem), w jednej z nieużywanych pralni zrobili sobie „klub” w którym siedzieli później całe dnie (a śmierdziało tam!!!).

W mojej pamięci tkwi jeszcze brama od naszego garażu (utworzonego z bramy – tunelu) z napisem wykonanym kredą przez dziadka (wciąż się zastanawiam jakim cudem ta kreda się nie zmyła przez te lata) o treści: UWAGA GARAŻ! NIE PARKOWAĆ! i wieczne wojny z zastawianiem powyższej, przez jakieś obce (nie podwórkowe) samochody.

No i jeszcze Cyja.
Typowy dziad-żebrak, z najprawdziwszym w świecie garbem. Dzwonił do naszych drzwi i stał ze spuszczoną głową nic nie mówiąc. No ale było wiadomo że trzeba mu parę złotych wcisnąć w garść. Ja nie wiem jak ja, jako małe dziecko się go nie bałam. To znaczy bałam się go jak szlag, ale jakoś ten strach potrafiłam przełamać i mu ten pieniążek podać.

No i jak na cababaw poszliśmy z bratem …. ale to już inna historia :) 


Wczoraj byliśmy u mojej koleżanki z pracy, z jeszcze jedna  koleżanką z pracy - "w gościach". Jest tam 9-letni Michał z którym nasze dzieci świetnie się bawiły, tak że przez cały wieczór całej trójki prawie nie było widać ani słychać, schodzili tylko z piętra co jakiś czas napić się czy coś przekąsić albo wysikać  :) Było bardzo miło choć jako niepijący kierowca ciężko było znieść niektóre dyskusje tudzież dywagacje :) Ja apeluję o kolejne spotkanie w gronie tylko babskim, bo z chłopami to nawet spokojnie pogadać o dupie marynie się nie da bo się czepiają nawet o znaki dymne puszczane wzrokiem ;)

Ponieważ mam zaległości to nie pamiętam co się jeszcze działo od poprzedniej notki - nie zapisałam chyba tylko że byłam na studiach na pierwszym moim zjeździe - we Wrocławiu (drugi raz w życiu tam byłam nie licząc przelotnych pobytów na dworcu PKP) :))) - i choć odwiedziłam tylko niewielki skrawek to jestem nim zachwycona, Wrocław jest piękny  wielkomiejski ale równocześnie nie utracił duszy. Studia fajne, to dla mnie nowe doświadczenie studiować coś co się już zna (studia specjalizacyjne czyli pewna odmiana podyplomówki) - to fajne uczucie mieć wrażenie że wie się na jakiś temat więcej niż wykładowca :)))) (było akurat o systemach informatycznych na których pracuje niemal codziennie więc posiadam  bezcenną wiedzę praktyczną szarego użytkownika).

Dobra bo mnie wszyscy dookoła atakują - psy, dzieci, piece i się skupić nie mogę.

To jeszcze na szybko - czytelnia: 

 Jeden dzień - David Nicholls - mogłabym się o niej rozpisać, ale ponieważ muszę kończyć, powiem tylko tyle że książka jest magiczna - niby opowiada zwykłą historię życia dwójki ludzi, niby prosta historia jakich wiele, ale orze w mózgu rysę. I tyle. Coś w stylu Margaret Atwood. Piękne przesłanie.

 I dawne (mentalnie) - niedawne (tydzień temu) wspomnienie:



środa, 15 sierpnia 2012

Dobra skończyło się babki sranie - teraz będzie pisanie. Wszak urlop zaczęłam. HA! :)
Wczoraj że niby.
Na razie to przeczytałam 2 książki i umyłam 1 okno.

No dobra - kłamałam - nie chce mi się pisać.

Młodzi wrócili z wszelakich wojaży wakacyjnych - a ja mam po tych wojażach całą łazienkę prania - prać nie mogę bo nic nie schnie - zimnica taka.
Zawsze to powtarzam , że sierpień to już po lecie.
Dzieciaki z ojcem były na prawdziwym obozie.
Bez wody, mycie w misce ;)
Młody się zakochał - w 12 latce. Młoda się zakochała w całej grupie koleżanek. W Starym zakochała się cała grupa "dziewczyn starszych" - zaraz po przyjeździe do domu rozpoczęły szturm na Facebooku :)

OTO ALBUM WAKACYJNY

Książki to tak:

 

1. Boczna uliczka - Eva Gudrymowicz-Schiller
Babskie czytadło ale nie do końca czytadło :) Wciąga, na urlop może być.


2.Kryształowy anioł - Katarzyna Grochola
Grocholę w bibliotece omijam szerokim łukiem i spluwam trzy razy przez lewe ramię ;) Ale tak jakoś uległam przedurlopowej słabości i zaryzykowałam. I muszę powiedzieć że nawet się mile zaskoczyłam bo całkiem całkiem się czyta :)

Aaaa widzę że nie napisałam nic o słynnej wizycie u lekarza!
Czekałam tylko 2 h w kolejce :)
Po wejściu do gabinetu aż mnie cofnął szok i osłupienie. Wystrój, wyposażenie - 10 razy bardziej, co ja piszę, ze 20 razy conajmniej :)  na czasie niż u prywatnego lekarza do którego ostatnio chodziłam. Europa.
Babka - młoda, uśmiechnięta, sympatyczna.
Wywiad trwał z 15 minut - wpisywanie w kartę chorób w rodzinie i szczegółów dot. porodów, mojego wzrostu, wagi i innych pierdoł.
Bez żadnej mojej sugestii - zadecydowała o pobraniu cytologii i skierowaniu na USG piersi (bo skoro nigdy jeszcze nie robiłam to obowiązkowo!). Ale to nic. ONA OSOBIŚCIE WZIĘŁA TELEFON DO RĘKI, ZADZWONIŁA DO TEJ PRZYCHODNI OD CYCKÓW I MNIE TAM ZAREJESTROWAŁA NA "NORMALNY TERMIN" tj na 20 sierpnia (bo normalnie to się u nich długo czeka) - prawie spadłam z krzesła.
Zbadała, pobrała cytologię.
A na koniec - sama z siebie - zaprosiła do gabinetu obok na USG brzucha. Nowoczesnym wypasionym aparatem.
I to wszystko na NFZ.
Jesteście w szoku? Bo ja tak :)




poniedziałek, 9 lipca 2012

Jeśli chodzi o książki to nie uznaję kryminałów.
Będąc ostatnio w bibliotece 5 minut przed zamknięciem, z dwoma ogonami w 35stopniowym upale, wpadłam tam, oddałam książki i wyjęłam dwie pierwsze z brzegu z regału przy drzwiach opisanego "nowości".
Jak się okazało jedna z nich to jakiś horror o wampirach a'la "Zmierzch" (łomatkobosko chyba nawet nie zacznę bo też chyba nie trawię), a druga kryminał.
I kurdę ... zarąbisty!!!! Połknęłam go w dwa popołudnia. Czytajcie!!!!

 Bilbord - J.D.Bujak.


środa, 22 lutego 2012

Przerażają mnie wszelkie formy nawiedzenia.
Akcje, demonstracje, protesty, zbiorowe medytacje, publiczne debaty, podszyte jakąkolwiek ideologią "wydarzenia" na FB.

Autentycznie dostaję gęsiej skórki i włącza mi się migająca lampka z sygnałem dźwiękowym "Trzymaj się z daleka".
Nie rozumiem fanatycznego wręcz zaangażowania w ten czy tamten temat i przesadnej ekspozycji jedynej słusznej strony medalu w tejże (obojętnie jakiej) sprawie.
Przedstawiania świata w kolorze czarnym i białym.
Obawiam się że to może oznaka starości??? :)))))
A jak już słyszę "bo ja proszę pani KOCHAM zwierzęta" to włącza mi się tryb "ewakuacja".
No i coraz częściej zdumiewają mnie problemy jakie dręczą naszą ludzką społeczność. Właśnie leci w TV program o "wstydliwych chorobach" - odcinek dotyczy problemu krzywych penisów. Oraz problemu puszczania bąków. AAAAAAAAA!!!!!!!!!!!

J. trzy doby poza domem - siedzi w Katowicach.
Ania wczoraj powiedziała że pani (wychowawczyni) pyta nas, czy mamy jakieś płyty z operą bo potrzebuje na lekcję - będą mówić o operze. Obciach ale nie mamy. Znalazłam jej ze 3 arie - bas, sopran i chór.
Arie odsłuchano na lekcji - dzieci podobno uznały że nic nie rozumieją :) (Aria Skołuby ze "Strasznego Dworu").
Narysowaliśmy dziś z dziećmi mapę naszej wsi.
Na zakrzyżykowanym polu Młody narysował masakrycznie chudego zwierza na 4 nogach.
"To jest Nikon który uciekł na smętarz" - wyjaśnił mi .... jaaa - "smętarz dla zwierzaka" tak jakby ... :)
Napisałam to właśnie J. na GG, a ten mi na to że: czemu nie spytałam go skąd miał taki pomysł - bo przecież jak twoje dziecko rysuje chudego psa który uciekła na smętarz to wiedz że coś się dzieje! :)

Dobija mnie moja robota ostatnio - ma coraz mniej wspólnego z moim zawodem - niemal codziennie - podczas produkcji kolejnego papieru zastanawiam się co-ja-tu-robię????? i po-co-ja-to-robię? Nie ma chyba nic gorszego niż robić coś w czym samemu nie widzi się sensu.
Poza tym części ekipy pracowej to już nie tylko nie ogarniam, część mnie zwyczajnie przeraża - jak na przykład jeden taki "kolega z pracy" który chodził i pytał wszystkich jak się pisze słowo "korzystać" (no przez jakie żet). Ja-pier*****

Zwolniłam się dziś żeby załatwić badanie okresowe. Pan doktor spóźnił się tylko 45 minut.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAA....
Korzystając z obecności w gminnej wsi przed 15tą skoczyłam jeszcze do UG załatwić zawieszenie działalności gospodarczej. Pani co prawda sprawiała wrażenie jakby pierwszy raz oglądała druk który musiałam wypełnić, no ale jakoś wspólnymi siłami udało mi się. Nie podoba mi się tylko że nie dostałam żadnego potwierdzenia złożenia tego druku (jakoby uproszczenie biurokracji - śmiechu warte) - i teraz muszę czekać aż pani ten wniosek wprowadzi do systemu (myślę ze potrwa o trochę ....) i na potwierdzający ten fakt e-mail. Jakoś czarno to widzę.

Aha - skusiłam się na trochę inną niż zazwyczaj lekturę.
Czytam:


i jestem zachwycona :)


niedziela, 23 października 2011

eh dawno mnie tu nie było
Choroba za chorobą, flaszki z syropami stały się stałym wystrojem stołu kuchennego.
Dzieci jakby sobie z tego nic nie robiły - energia ich roznosi.
W szkole jesteśmy na literce T.
W/g mnie za mało piszą, zadaję młodej dodatkowe linijki w domowym zeszycie.
Mało co się dowiadujemy co się tam w ogóle dzieje - jak z młodej wołami się nie wyciągnie to nic się dowiedzieć nie można. Na przykład o codziennym mleku i warzywach które dostają (mleko wypijam całe a warzywa daję koleżance bo to jest obrzydliwe!!!!!!!!!!! - Ania nadal nie je żadnych warzyw).
W przedszkolu będziemy mieć "nadanie nowej nazwy grupie" - taka imprezka z zajęciami otwartymi dla rodziców, pani poprosiła mnie o pomoc w przygotowaniu "mini tyt" dla dzieci - tj kupienie cukierków (bo ja jestem rada rodziców), myślę żeby im jeszcze zrobić na tą okazję tort z krasnalem (nazwa grupy = KRASNOLUDKI) - ta ich pani jest wyjątkowa, naprawdę z przyjemnością się pomaga w jej inicjatywach.
J. zrobił (społecznie) stronę dla przedszkola.
W pracy mamy jakieś ćwiczenia NATO - polegają na tym że dzwonią do mnie dwa razy dziennie z WIWu i sprawdzają łączność na telefonie alarmowym - żenada..
W listopadzie jedziemy do teatru na "Annę Kareninę" - zaproponowałam w pracy że może ktoś chce dołączyć - w efekcie jedziemy w 12 osób :) Musiałam normalnie składać zamówienie grupowe. Stary twierdzi że obciach.
Przeczytałam kilka książek od ostatniego razu ...
Trzynasta opowieść - PIĘKNA, wciągająca - bardzo dobrze się czytało choć początek mnie jakoś zniechęcił - dalej wyśmienita, polecam;
ostatnia część cyklu Zawrocie - przeczytałam trochę z obowiązku bo jakoś mnie już to Zawrocie nudzi;
Zawsze przy mnie stój - dziwna, ale ciekawie napisana, fajnie się czytało;
Sekretny język kwiatów- kilka scen mnie wzruszyło;
Trzy połówki jabłka - chłam do sześcianu :)
Teraz jadę - Studnia życzeń - chyba też chłam ale dopiero zaczęłam.
Idę do wyrosława.


niedziela, 7 sierpnia 2011

Janiemogę ale weekend - ledwie żyję.
Wczoraj wcześnie rano telefon od dziadków - czy nie pojechalibyśmy z nimi do Świerklańca. Z pewną taką nieśmiałością - no bo co niby dzieci będą tam robić - zdecydowaliśmy się pojechać. Wzięliśmy Ani rower.
No i byliśmy tam prawie do wieczora - Ania rower - objechała jezioro chyba z osiem razy - a Młody gokart (wypożyczony na miejscu bo nie zabralibyśmy się z naszym). Obiad (niby taka knajpa w pałacu kurde a żarcie przeciętne), kawa, lody. Dzieciaki - o dziwo!- nie chciały wracać do domu! :)


Cały dzień z głowy.
Dziś od rana wzięłam się za pranie - wykorzystując pogodę (upał!) wyprałam kołdry, trochę ogarnęłam chałupę. Kiedy tak ogarniałam - telefon od szwagierki - czy mogą przyjechać z psem. Przyjechali, przywieźli towar na grilla, ja w międzyczasie machnęłam drożdżówkę z jabłkami z naszego drzewa (pycha!). Obżarstwo grillowe trwało do wieczora, w międzyczasie dołączyli Dziadki.
Kurde jakoś ostatnio wszyscy nas lubią odwiedzać :)
W międzyczasie Janusz wyskoczył z Anią na umówioną jazdę konną, w związku z czym mogę się pochwalić jej postępami (bo stary jak zwykle multimedialny):




Na koniec dnia po upchnięciu potworów pod kołdry, poskładałam jeszcze kupę prania z całego tygodnia (a nawet ostatnią nie rozpakowaną jeszcze walizkę z wakacji LOL) i teraz ledwie żyję.
Jutro do roboty idziemy oboje, dzieci do przedszkola i znowu tydzień trzeba walczyć.

Dodam jeszcze książeczki - wpadłam w tym tygodniu po dentyście do biblioteki i miałam 5 minut na wybranie książek bo już zamykali. Wzięłam więc dwie właściwie na chybił trafił z półki - przeczytałam obie w sumie w trzy wieczory. I kurdę znowu nie mam co czytać.

"Zielony trabant" - K.Gacek, A.Szczepańska
- książeczka lekka, prosta i przyjemna - żadne arcydzieło ale godna polecenia na wakacyjny wieczór, takie może bardziej opowiadanie babskie niż powieść :)

"Złote nietoperze" , G. Jeromin-Gałuszka
Babska. Urokliwa, klimatyczna, wciągająca, refleksyjna. B.b.b. dobra - polecam :)

Jak widać przerzuciałam się na literaturę polską.

A - i jeszcze zaczerpnięte od Starego :)
"Idę po dzieci do przedszkola - na placu zabaw byli - jak mnie dzieciaki zobaczyły to lecą wszystkie (tj nie tylko nasze) do mnie i jeden do drugiego woła: Patrzcie, patrzcie, a ich tata ma tatuaż i mięśnie!!!":) - mówię ci jak szybko brzuch wciągnąłem! :)))))))

LOL

A wiecie że Frugo wróciło? :)


Ostatnio strasznie dokucza mi ból nóg. Nie wiem co jest grane ale chyba mi żyły wysiadają? Starość :)
Poza tym mam chęć na zmianę fryzury - najlepiej na krótko ( w planach irokez :))))) tylko że jak sobie pomyślę znowu o odrastaniu (zapuszczaniu) włosów to mi słabo.

poniedziałek, 4 lipca 2011

No to mamy. Kolejną anginę - czy inną cholerę - na pokładzie. Tym razem Ania - dziś koło 19tej miała równo 40 stopni.

Pojechali dziś rano z J. do babci do Gliwic - zawiózł ich tam jadąc do pracy, sami postanowili (jakoś podejrzanie trzymali w tym temacie sztamę) że zostają do środy - kazali się spakować itd.
Koło południa - telefon - Ania leży, ma 39,7. No to już wrócili i chorujemy.
Nie wiem co to za cholera ale temperatura słabo się zbija i mieliśmy już wymioty - po nich Ania zgłosiła że poczuła się lepiej.
Jutro J. w domu, w środę nie wiem co z nimi zrobimy bo J. ma Katowice - MUSI być, a ja MUSZĘ iść do pracy bo mam umówione terminowe owce do pobrania krwi ;)

Dziś się uśmiałam bo dzwoniłam do jednego z owczarzy i on mi mówi że nie ma sprawy tylko mam jeszcze w środę rano zadzwonić bo on nie wie czy nie będzie musiał do pracy iść rano. To ja pytam czy nie będzie tego we wtorek widział żebym na ostatnią chwilę nie dzwoniła - a on na to że nie bo pracuje w zakładzie pogrzebowym i nie wie czy np. w środę rano nie będzie miał czegoś do kopania. Heh. No tak - najmniej przewidywalna robota pod słońcem.

Generalnie mimo że ta robota mnie wkurza czasem na maksa to jej niewątpliwym plusem jest właśnie bezpośredni kontakt z takimi różnymi ludźmi. W ogóle z ludźmi. Co jeden to lepszy agent.
Tylko że ostatnio rzadko mamy okazję tych ludzi oglądać ponieważ nasza praca skupia się głównie przy wypełnianiu tabelek w kompie.
Czyli garb, ślepota i galopująca osteoporoza.
O nadwadze nie wspomnę.
Ekipa w pracy ok - jakoś się ustabilizowało - poza obsadą jednego pokoju z którą całe szczęście mam niewiele do czynienia -i zrobiłam wszystko aby nie musieć mieć do czynienia. Pracuję nad sobą ale nie daję rady w tym temacie - mam nadzieję że przykazanie miłości bliźniego ma jakiś dopisek drobnym drukiem na dole.

Ania ma już tornister - dostała od Dziadków z CCH - najchętniej to by się już spakowała.

Przeżywa strasznie.
Poza tym na razie nic więcej nie mamy - książki zamówione - będą zakupione przez szkołę, resztę będziemy powoli kompletować w sierpniu tak w ciemno bo zebranie w szkole takie o szczegółach wyprawki itd będzie dopiero pod koniec wakacji. No ale w sumie to wiadomo raczej co trzeba kupić mniej więcej.

Młody za to przeżywa że nie ma tornistra, nie idzie do szkoły i ze Zębowa Wróżka do niego nie przyszła jeszcze nigdy (do do Ani ostatnio przyszła).
Pocieszyłam go że ja tą wróżkę przypilnuję jak przyjdzie w nocy i każę jej zostawić prezent dla Mateusza też. No i przypilnowałam - i zostawiła :)

W pracy zamykam najpilniejsze tematy bo od następnego czwartku jestem na urlopie. Prawie 3 tygodnie w sumie!
Najpierw tydzień w Sopocie a później tydzień w Borach Tucholskich nad jeziorkiem. Preparaty na komary już kupione :)

To jeszcze na szybko czytelnia:

Letnisko - Anne Rivers Siddons

Sama nie wiem - na początku mnie ta książka wkurzała, ale w miarę czytania wpadałam w nią wpadałam i wpadłam po uszy, do tego stopnia że wczoraj czytałam chyba do 1-szej w nocy choć o 5tej miała wstawać - bo chciałam dowiedzieć się jakie jest zakończenie.
Napisana bardzo dobrym językiem, ma piękny klimacik, historia niebanalna. No i ten powiew morskiej bryzy i zgrzyt piasku między zębami w trakcie czytania! Aż się nie mogę doczekać wyjazdu nad morze :)
Ocena BDB :)

Teraz lecę 3-cią część Zawrocia.

*****
Zrobiłam krówki od Pani Lipov - z a r ą b i ś c i e pyszne.
I chciałam powiedzieć że KOCHAM PANIĄ! :) (nie w sensie lesbijskim oczywiście :))))- jest pani chodzącym po tym łez padole geniuszem.

*****
Aha - wings się mnie pyta jakie jest śmiertelne stężenie alkoholu we krwi bo ona po dwóch piwach ma chyba już ze 2 promile i się boi czy nie zejdzie.
Dwa Okocimie mocne +30% gratis.
Droga wings.
Myślę że po dwóch piwach miałabyś szansę na przeżycie. Ale te 30% gratis Cię dobiło :))))))
Pogadam z moim panem od owiec co kopie doły. Myślę że uda mi się wynegocjować rabat.
LOL

środa, 16 marca 2011

Szczyt sadyzmu - zażyczyć sobie od matki będącej na diecie, zrobienia PTYSI (z kremem budyniowym a'la karpatka).

Zrobiłam IM* ...

Chyba zejdę na ślinotok ...
__________________________________
*potworom :)

Nawiązując do diety - ponieważ zaczyna mnie mdlić na widok twarogu (nie jestem zbyt mocna w dietach) - przechodzę do drugiego etapu - w sumie po 6 dniach etapu I-go chyba nie najgorzej (zalecany czas trwania 2-10 dni). W II etapie można obżerać się brokułami :) WOW :)

Wczoraj mieliśmy awarię z Anią - po poniedziałkowej akcji z biegunką postanowiłam jej nie dawać do przedszkola (bo nie było wiadomo czy będzie jakiś ciąg dalszy, ja musiałam jechać do pracy, J. nie było) - tylko najpierw wzięłam ją ze sobą do pracy, a później zawożąc próby do sąsiedniego miasta na transport do ZHW - odstawiłam do sąsiadki. Po kilku godzinach dowiaduję się telefonicznie, że Ania skarży się że od rana nie umie się wysikać.
Po tej wiadomości, jak stałam tak zwinęłam się do domu (w przelocie oznajmiając szefowi że muszę się zwolnić bo jestem chwilowo samotną matką i mam awarię domową) - jako że wizja zatrzymania moczu (z jakiejkolwiek by nie była przyczyny) nieco mnie zmroziła.
Po złapaniu w locie karty ubezpieczeniowej (no wiecie te słynne karty śląskiej kasy chorych) porwałam ją do Ośrodka Zdrowia (choć jej zachowanie było podejrzanie normalne jak na osobę cierpiącą z powodu niemożności wysikania się) gdzie oczywiście pediatry ani widu ani słychu - był tylko doktor osłuchujący płuca bez włożenia słuchawek fonendoskopu do uszu :D oraz leczący migrenę apapem.
Dzięki Bogu stwierdził że ON NIE UMIE JEJ ZBADAĆ i że mamy jechać do szpitala na Oddział Dziecięcy. I git - o to mi chodziło.
Pojechałyśmy do szpitala, przyjął nas miły doktor pediatra, zbadał dość dokładnie i stwierdził że Ania jest zdrowa jak koń a jej "niemożność oddania moczu" to psychiczna obrona z lęku przed bólem (po biegunce podrażnione okolice te i tamte). I rację miał bo jak namówiłam ją na wysikanie się do wanny podczas kąpieli to okazało się że sika i to jeszcze jak :)
Zejdę jak nic na chorobę psychiczno-nerwową przez te wszystkie akcje!
Cała ona (tj. Ania) nas jednak niepokoi (z tego powodu zrobiliśmy jej badania krwi - wyniki ma idealne) - bo od kilku tygodni skarży się na ból gardła, ból "w klatce piersiowej" - wg mnie to bardziej "dołek" pod mostkiem, nie ma apetytu - chuda jest jak szczapa - w domu prawie nic nie je - mam nadzieję że chociaż w przedszkolu co nieco połknie, poza tym blada i sińce pod oczami.
Zaczynam się zastanawiać czy ona nie ma czasem jakiegoś refluksu czy coś w ten deseń - bo te "napadowe" bóle gardła (a w gardle nie widać żadnych zmian) i ten apetyt ... nie wiem - problem polega na braku kompetentnego pediatry na horyzoncie do którego można by iść sensownie, a także nie wyobrażam sobie iść i powiedzieć mu - panie - dziecko ma refluks :D
Dziś znowu narzekała na gardło i ból brzucha.
Mam nadzieję ze okresu nie dostanie niebawem :))))

Młody NIE CHORY - aktualnie trenuje jazdę na deskorolce czym mnie rozwala (jak będzie okazja to nakręcę) :) Poza tym pożarł dziś pół papryki czerwonej surowej. W ojca to on się na 100% nie wdał :)

W pracy dziś CAŁY DZIEŃ pewna pani z naszego WIWu wałkowała pewną tabelkę sprawozdawczą. Wałkuje ją już zresztą dwa miesiące - ja nie wiem jak można tak długo siedzieć nad jedną rzeczą, ona jakaś ograniczona jest - za długo tu pisać o co chodziło ale generalnie stwierdziłam że pani Magdalena - moja zresztą "ulubienica"* - to się tam marnuje, powinna zająć się czymś bardziej uduchowionym i zarazem nie wymagającym sprawności umysłowej - np wyplataniem koszyków z wikliny.

* dać jej wódki! :)

I nadrabiam czytelnię:

Julita i huśtawki- Hanna Kowalewska - b.b.b.b. dobra książka - napisana świetnym językiem, na 100% sięgnę po "Tego lata, w Zawrociu" tej autorki. Książka opowiada historię pewnego pokolenia urodzonego w czasach głębokiego PRLu w małej prowincjonalnej pipidówie (skądś to znam hehe) - studium charakterów, książka symboliczna i klimatyczna.
Warto!

Gwiazdy w ogrodzie - Joanna Lustyk - sympatyczna ale słabiutka - taka akurat do pociągu ;) - książka miała być o czymś (krótka historia zawiązującej się przyjaźni między kilkuletnią dziewczynką sierotą a facetem artystą malarzem) ale w/g mnie wyszła o niczym :) Ale czyta się sympatycznie - i SZYBKO :) Nie warto :)

________________________________________________________

Zauważyłam że nie pochwaliłam się naszym nowym nabytkiem - taki oto wypasiony sprzęcik zakupił mi małżonek:

po tym jak stary wyzionął ducha (wziął i się spalił w trakcie odkurzania auta). Bezworkowy Samsung 2000 w :) Ale wypasiony mówię Wam :) Tylko nieco mnie przeraziło kiedy po kilku pociągnięciach po wykładinie zajrzałam przez szybkę do zbiornika na syf - aaaaaaaa!

W sobotę wybieramy się na musical (Hair) do teatru Gliwickiego.


środa, 23 lutego 2011

Czytelnia - dawno nie było :)

Właśnie kończę czytać takie oto tomiszcze:
Biała gardenia; Autor: Alexandra Belinda.
Literatura w typie "kobieca" (ehm) osadzona w historii nowożytnej (koniec II wojny światowej) oraz scenografii z lekka egzotycznej.
Zapowiadała się wybitnie, kończy się przeciętnie ale generalnie może być :)

Baby z pracy mówią że nic nie piszę. Ano nie pisze bo o czym tu pisać.
Generalnie to ciemna (i zimna) dupa ogólnie rzecz ujmując :)
Zimno jak szlag, łażę od 3 dni zmarznięta i zgężała, ubrana w 3 swetry. Śpię w skarpetach i bluzie termoaktywnej :D
Ja wiem że tylko -14 stopni dziś rano było ale chyba mój wewnętrzny akumulator się wyczerpał i mnie nie grzeje.

Dzieci jako tako - trzymają się - J. poinformował mnie że dziś w Mateusza grupie było razem z nim 5-cioro dzieci (na 25 zapisanych). No to jakoś czarno widzę koniec tygodnia bo nie uwierzę że nic ich nie trzepnie. W zeszłym tygodniu zrobiłam im kurację odrobaczającą + intensywną witaminizację rozpoczęłam i muszę powiedzieć że nabrali kolorów i apetytu.

Wczoraj byłam z nim u logopedy w poradni - z zalecenia przedszkola "konieczność konsultacji logopedycznej w poradni". Pani logopeda po szczegółowym wywiadzie ze mną oraz obszernym badaniu logopedycznym stwierdziła że nie chce Młodego u siebie widzieć w najbliższym czasie i "co oni w tym przedszkolu wymyślają" - młody jak na swój wiek, późne mówienie, wady uzębienia mówi "pięknie". I to by było na tyle.

Młoda miała już kryzys baletowy (wróżyłam jej miesiąc a ona już po dwóch razach się zniechęciła) - ale na razie zażegnany został za sprawą a) indywidualnej pochwały udzielonej Ani przez panią Ritę w trakcie zajęć; b) informacji o tym że będzie występ na scenie (pokaz szkoły tańca) w związku z czym rozpoczęła się nauka jakiegoś układu. Sprawa jest jasna - laska ma parcie na scenę zwyczajnie ...:)

Praca mnie dobija psychicznie, jak jeszcze trochę posiedzę w temacie "sprawozdawczość" to się wykończę. To co się dzieje "na górze" w naszej branży sprawia że zaczynam serio myśleć nad zmianą pracy bo nikt normalny tego na dłuższą metę nie wytrzyma.

Nie mam pomysłu na to co jeszcze mam napisać a więc kończę na razie - najwyżej będzie update :)

sobota, 16 października 2010

Na początek - czytelnia :)

Świadectwo prawdy - Jodi Picoult - książka jak najbardziej dobra i politycznie poprawna :))) - choć mogłaby się trochę mniej wlóc :) Podejrzewam, że książki tej autorki są wszystkie na jedną modłę choć mogę się mylić po przeczytaniu zaledwie dwóch. Trzecia leży w kolejce a więc okaże się czy moje podejrzenia są słuszne.

Opowieść podręcznej - Margaret Atwood - trzecia pozycja tej autorki którą przeczytałam i która jak dwie poprzednie mnie zmasakrowała. Daję osiem gwiazdek :) Kobieta albo jest geniuszem albo ćpała (lub jechała na dopalaczach :))) albo i jedno i drugie :)

Miałam iść spać no ale dobra.

Problem nr 1: Zmęczenie.
Marzę o 20-godzinnym śnie. Marzę o kilku dniach spokoju w szerokim tego słowa znaczeniu.... w mojej głowie wojna myśli niespokojnych...
Marzę aby w pracy w końcu zrobiło się normalnie, a przynajmniej tak jak było jakiś rok temu.

Dzieci .... z.... eeeeeee .... nie chore :) Nie mogę używać słowa na "zet" bo jak użyję to zapewne natychmiast pożałuję :)
Młody po swojej długiej nieobecności w przedszkolu - po kolejnym podejściu do tego tematu przeszedł nie zrozumiałe dla nikogo przeobrażenie.
Zszokowana jest głównie Pani Monika (tj jego wychowawczyni) bo nie poznaje tego gościa. Przedszkolak pełną gębą, biegnie chętnie na salę, pięknie się bawi, uczestniczy, zjada dwa talerze zupy. Kilka dni temu wrócił ugryziony w policzek przez inne dziecko. Siniora miał jak talala. Oczywiście został odpowiednio poinstruowany co ma zrobić następnym razem, niestety nie omieszkał przekazać tych nauk pani Monice, która to miała niebywały ubaw kiedy jej je demonstrował ("sama mam dylemat co mojej córce radzić w takich sytuacjach" - jej córka chodzi do tej samej grupy). Może i niewychowawczo ale w takiej dżungli inaczej się chyba nie da ;)
Jedyne dziecko które potrafi nazwać imieniem to "Tatana (Tatiana) co zabiera zabawki".
A największy hit to zajęcie przez niego w piątek drugiego miejsca w wewnętrznym konkursie plastycznym - praca pod tytułem "Drzewo".
W KONKURSIE PLASTYCZNYM.
Młody który nie umie, nie lubi, nie wykazuje w ogóle ochoty w dziedzinie "zajęcia plastyczno - techniczne" (poza tymi przy którym można się wysmarować od stóp do głów), który o ile sobie przypominam popełnił w swoim życiu domowym może z jedno dzieło rysownicze.
Coś mi tu podpada. No ale chyba nie nagrodziliby dzieła wykonanego przez kogoś innego???
To jego to w trzecim rzędzie pośrodku, na zielonym tle.


Anulka ... hmmm - stara baba się z niej robi :) Masakruje mnie swoimi tekstami.
Na tańce już nie chodzi. Pominę milczeniem powody bo mnie nerw łapie.
Przechodzi pielgrzymkę urodzinową. Tydzień temu - Zozolandia. W poniedziałek pojutrze - Figloraj. Zbankrutuję na prezentach, o wymyślaniu co to kupić nie wspomnę. Bo prezenty nie mogą być byle jakie - odbywa się bowiem licytacja wśród obdarowujących kto dał lepszy:) Ostatnie urodziny to były jej narzeczonego, w związku z czym prezent musiał być nie tylko fajny ale nawet bardzo fajny. Zostawiłam więc w Smyku całą kartę upominkową której jeszcze nie wykorzystałam od czasów testowania herbatek Posti. Swoją drogą dawno nie byłam w Smyku, więc ceny zabawek mnie zabiły - uznałam, że to chore aby za pudełeczko plastiku markowane nazwą Lego liczono sobie 100-200 i więcej złotych.
Ani całkiem ładnie idzie pisanie, siedzi i wymyśla zdania typu: "Latawiec lata po niebie w zoo." I tak sobie pisze dla rozrywki.
Podprowadza mi dezodorant w kulce.
Jeden z ostatnich dręczących ją problemów to "a po co paniom są potrzebne takie małe pieluszki???".

Dobra. Boli mnie kręgosłup a więc na tym koniec.
Od ostatniego posta jak zwykle działo się tyle że nie jestem w stanie opisać nawet 1% tego - no więc najsprawiedliwiej nie opisze nic ;)

Spacer Šilheřovice - pole golfowe tuż za rogiem :) Takie cuś też mamy, a co :)

Od Šilheřovice

Od Šilheřovice

A tu reszta:

niedziela, 3 października 2010

Wczoraj - urodziny Dziadka - wszyscy więc musieliśmy odbębnić obiad-kawę-i-ciasto w knajpie. Dzieci bawiły się przednio :))))


A dziś - pogoda była tak cudna że siedzieć w domu to byłby grzech.
Ustroń - Czantoria:


Zaczytuję się moim starym blogiem - znalazłam to:


Nie wiem co jest grane ale stary już dawno śpi, a młody JESZCZE nie śpi (godzina 00:02 jest). Ciekawe jak on jutro do przedszkola wstanie - oczywiście oświadczył mi że on ne chce iść do przedszkola (prawie miesiąc przerwy miał) i już sobie zapalnował że "będzie tam płakał".

Czytam, czytam ... (w związku z zapisaniem się do nowej biblioteki):
1.
W ogrodzie Mirandy, K.Krenz - zaczynała się ciekawie ale po przeczytaniu stwierdzam: beznadzieja.
2.
Dziewiętnaście minut, Jodi Picoult - REWELACJA! :) Na pewno wśród książek które wezmę teraz z biblioteki będzie coś tej autorki.

3.
Każdy dom potrzebuje balkonu, Rina Frank - zaczęłam czytać, przebrnęłam 50 stron i dalej chyba nie dam rady - kompletnie nie moje klimaty.

piątek, 12 marca 2010

Z serii - "ku pamięci -książka przeczytana":
Luanne Rice "Gwiazdy prowadzą do domu":


Takie powiedzmy babskie czytadło, nie do końca pustak ale też nie arcydzieło ;) - tj czyta się przyjemnie chociaż od razu wiadomo jak się skończy a poza tym to mam wrażenie że widziałam jej filmową adaptację (lub ktoś wykorzystał scenę z rzucaniem szczeniaka z mostu w jakimś filmie). Ale może być :)

Stary wyjechał (że niby do pracy ehm ehm).

A ja ... mam w kuchni stary drewniany stół (ze strychu) w tym stole głęboką szufladę, a w tej szufladzie trzymam przepisy (kulinarne) i mam tam masakryczny burdel.
W związku z tym (i akcją porządkową) kupiłam zeszyt A4 w twardej okładce i wklejam te fruwające kartki i karteluszki. W oryginale. Bo ja nie wiem ale najlepiej robi mi się coś z przepisu który ktoś napisał mi na świstku, kawałku serwetki albo biletu pkp - najczęściej pamiętam od kogo i w jakich okolicznościach przyrody go dostałam, a jak np. taki przepis przepiszę sobie powiedzmy na kompie to juz robi się z tego przepis bez duszy.
Nie żebym nie miała nic poważniejszego do sprzątania ale to mnie już od dawna wkurzało, że za każdym razem musiałam to wszystko przekopać.

Jedno dziecko śpi, drugie dochodzi, a ja mam dwie nowe książki z biblioteki. Więc chyba już mi się nie chce przyklejać -azymut łóżko :)
Wzięłam dla Ani z biblioteki Dzieci z Bullerbyn - na próbę bo te wszystkie książki "dla dzieci" mnie wykańczają powtarzalnością i infantylnością fabuły (jeśli wogóle mają jakąś fabułę) - tudno o jakieś ciekawe pozycje - trochę obawiałam się że to dla niej jeszcze za trudne (w sensie że poważna powieść z rozdziałami:))) - ale nie! Przeczytałyśmy za jednym zamachem 3 rozdziały i jeszcze nie miała dosyć - widzę że ją zaciekawiło.
Zaczyna mnie znowu dziś głowa boleć (z samego rana zaliczyłam taką migrenę że mimo wzięcia procha 2 h konałam na biurku w pracy) .

W poniedziałek jest u nas w szkole spotkanie dla rodziców dzieci które mogą iść od września do szkoły - coś ala drzwi otwarte. Ja nie zamierzam dawać Ani do szkoły ale na to zebranie może się wybiorę z ciekawości :)

środa, 10 lutego 2010

Fragment z jednej z moich ulubionych książek - zagadka - z jakiej? :))

Siadłem przy biurku i przejrzałem wszystko, co na nim leżało. Przeważnie rzeczy Phoebe, jej szkolne zeszyty, podręczniki i tak dalej. A najwięcej książek. Na wierzchu tom pod tytułem: „Arytmetyka to zabawa”. Otworzyłem tę książkę i na pierwszej kartce zobaczyłem napis:
Phoebe Weatherfieid Caulfieid
[...]
Phoebe ma zawsze tysiąc notesów. W życiu nie widziałem dziecka, które by gromadziło tyle notesów co ona. Otworzyłem pierwszy z brzegu i zajrzałem na pierwszą kartkę. Było tam napisane:
"Bereniko, musimy się spotkać w kloklo, mam coś szalenie ważnego do powiedzenia! "
Na pierwszej kartce tylko tyle. Na drugiej było więcej.
"Dlaczego w południowo-wschodniej Alasce jest tak dużo wytwórni konserw? Ponieważ jest tam mnóstwo łososi. Dlaczego rosną tam tak bujne lasy? Ponieważ klimat jest odpowiedni. Co zrobił nasz rząd, by ułatwić życie Eskimosom na Alasce?
Nauczyć się tego na jutro!!!
Phoebe Weatherfieid Caulfieid
Phoebe Weatherfieid Caulfieid
Phoebe Weatherfieid Caulfieid
Phoebe W. Caulfield.
Wielmożna panna Phoebe Weatherfieid Caulfield.
Proszę cię, podaj dalej do Shirley!!!
Shirley, powiedziałaś, że jesteś urodzona pod Strzelcem, ale to nieprawda, bo pod Bykiem. Jak do mnie przyjdziesz, przynieś koniecznie łyżwy. "
Tak siedząc przy biurku D.B. przeczytałem notes Phoebe od deski do deski. Nie potrzeba było na to wiele czasu, zresztą lubię takie rzeczy, dziecinne notatki małej Phoebe czy innego pętaka mógłbym czytać dniem i nocą. Szalenie mi się podobają.

Mam dokładnie to samo - choć wkurza mnie niewyobrażalnie to bałaganiarstwo, kiedy syf na Aniowym biurku osiaga punkt krytyczny - bardzo lubię robić jej na nim porządek - te jej karteczki, karteluszki, notesiki, rysunki, wyklejanki, koraliki, gazetki, jednorożce, kredki ... i cały ten dziewczyński klimbim :)

-------------------------------------------------------------------------------------------------
Postanowiłam sobie niedawno że będę wynotowywać sobie ku pamięci książki które przeczytałam i moje subiektywne!!! uwagi na ich temat.
No więc przeczytałam ostatnio Szafranowe niebo - Lesley Lokko:


Choć zaczynała i zapowiadała się ciekawie - bardzo szybko zamieniła się w nudne i masakrycznie źle przetłumaczone flaki z olejem - bagatela 592 strony - (w zamyśle autorki - saga) coś jakby nowa wersja "Pogody dla bogaczy", gdzieś tak od połowy książki bez pomysłu na ciąg dalszy rozpoczętych wątków. Miałam problem dobrnąć do końca.
Generalnie książka z działu "nic nie wnosząca", powierzchowna i nudna :)

Dziś przytargałam z biblioteki następną jakąś niby babską (czy chce pani taką bardzo mądrą książkę, czy taką trochę luźniejszą? /pani bibliotekarka wie że nie czytam: romansideł, horrorów, kryminałów, trillerów - jestem więc trudna w obsłudze/ nieee - no bez przesady - aż taka mądra nie musi być - po siedzeniu cały dzień w mądrościach ustawodawczych hehe chcę się trochę odmóżdżyć :))).
No zobaczymy ale po pierwszym rozdziale coś mi zalatuje tandetą :)